Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przeczytane 2011. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przeczytane 2011. Pokaż wszystkie posty

piątek, 27 stycznia 2012

"Wyspa niesłychana" E. Mendoza


Wydawnictwo: SIW Znak
Język oryginału: hiszpański
Tłumaczenie: Tomasz Pindel
Rok wydania: 2011
Liczba stron: 320


Po raz pierwszy akcja powieści Eduarda Mendozy nie toczy się w jego rodzinnym mieście – Barcelonie. Jest to nietypowe i zaskakujące zagranie, sam autor tłumaczy się „piętnem” barcelońskiego pisarza, od którego chce odpocząć. Warto przed przeczytaniem powieści zwrócić uwagę na wstęp, w którym autor wyjaśnia, że „Wyspa niesłychana” miała początkowo być opowiadaniem, ale jak to u Mendozy bywa, nieoczekiwanie nabrała kształtów powieściowych, i jako taka został ostatecznie wydana po raz pierwszy w Hiszpanii w 1989 roku. 


Bohaterem powieści jest barcelończyk Fabregas, który zmęczony swoim dotychczasowym życiem postanawia wyjechać z kraju. Podróż po Europie doprowadza go do Wenecji, w której w założeniu, miał zatrzymać się tylko na chwilę. Jednak wszystko zmienia się, gdy poznaje Marię Clarę, wspólna wycieczka po mieści i odkrywanie nieznanej Wenecji, sprawia, że Fabregas odkłada moment wyjazdu na później. Od tego czasu, główny bohater zachowuje się jak lunatyk, krąży po mieście, oprowadzany przez właściwie nieznaną sobie kobietę. Nieświadomie wkracza w życie innych, poznaje różne historie i miejsca, do których turyści najczęściej nie mają wstępu. 

Prócz głównej historii, autor serwuje nam całą gamę opowieści pobocznych, na podstawie których można byłoby stworzyć osobne opowiadania lub powieści. Z każdą stroną coraz więcej jest tych anegdot i historyjek, a granica pomiędzy rzeczywistością i fikcją, jest skutecznie zacierana. Odczucie nierealności pogłębia część wydarzeń rozgrywających się w snach Fabregasa, następnie z których budzi się on w bardzo różnych częściach Wenecji. 

Czytelnicy kojarzący książki Eduardo Mendozy z typowym komizmem sytuacyjnym i świetnym humorem, mogą poczuć się lekko zawiedzeni. „Wyspa niesłychana” bawi, ale w zupełnie inny sposób, pełno w niej satyry i absurdu, a nawet sytuacji groteskowych. Autor za pośrednictwem głównego bohaterka kpi z religii i różnych tradycji, wyśmiewa chrześcijańskie celebrowanie świąt i żywoty świętych. Lecz mimo, że jest to humor kontrowersyjny, to książka zaciekawia czytelnika i wciąga go w senną fantazję, którą stworzył Eduardo Mendoza. 

Niektórzy twierdzą, że „Wyspa niesłychana” jest jedną ze słabszych książek hiszpańskiego pisarza, ale ja się z tym nie zgodzę, moim zdaniem jest po prostu inna. Taka trochę przygnębiająca, trochę dziwna, ale mająca jednak swój urok, dlatego uważam, że fani Mendozy nie poczują się zawiedzeni.

środa, 25 stycznia 2012

"Dallas '63" S. King


Jake Epping dostaje szansę, którą chciałby mieć nie jeden z nas – możliwość cofnięcia się w czasie i zmiany przeszłości. Nie może jednak zmieniać jej dowolnie, jego przyjaciel Al, który powierzył mu swoją tajemnicę, namawia, go do cofnięcia się w czasie w jednym celu. Jego prośba jest zaskakująca i zdawałoby się niemożliwa do wykonania, Jake ma wytropić zabójcę Johna Kennedy’ego i powstrzymać go przed strzałem do amerykańskiego prezydenta. W ten sposób Jake przybiera nazwisko Gregora Ambersona i przenosi się do roku 1958, mając w głowie jeden cel, ale jednocześnie zaczyna żyć w czasach, gdy jeszcze się nie urodził, mając szansę na spotkanie swojej największej miłości.

Obawiałam się nowej książki Stephena Kinga, mimo wielkiej sympatii do jego dawnych książek, nie byłam pewna czy wciąż może pisać tak dobrze i wciągająco. Ze strachem patrzyłam także na objętość powieści, prawie 900 stron, sprawiło, że oczami wyobraźni widziałam mnogość niepotrzebnych opisów i zbędnych historii optycznie rozciągających tę główną. Cieszę się jednak, że tak bardzo się myliłam, że „Dallas’63” przeczytałam w krótkim czasie, a co najważniejsze, że to wciąż stary dobry King, którego pamiętam z poprzednich powieści. 

„Dallas ‘63” to odważne podejście do tematu, bez teorii spiskowych czy zbędnej ideologii. King zabrał nas w świat z przełomu lat 50. i 60., oddając całkowicie głos Jake’owi, który informuje nas o swoich planach i działaniach. Warto zwrócić uwagę z jaką starannością i dbałością o szczegóły autor odtwarza ducha tamtej epoki. Wraz z bohaterem próbujemy się odnaleźć w tej dawnej rzeczywistości, zachwycamy się samochodami, tańcami, imbirowym piwem czy bardzo tanim życiem. Oprócz barwnych i ciekawych momentów, Stephen King pokazuje także ciemne strony tych czasów: wszechobecny rasism i ksenofobię. Wszystko to sprawia, że książka jest tak ciekawa, a w historię chcemy wierzyć od samego początku.

Książka jest niesamowicie wciągająca, więc nawet osoby, które do tej pory obawiały się spotkania z twórczością tego autora, powinny dać mu szansę. Bardzo dużym plusem jest także ukazanie obrazu miłości wykraczającej poza czas i ludzkie pojęcie, przedstawionej z punktu widzenia mężczyzny. Tytułowe „Dallas ‘63” w miarę zagłębiania się w historię wydaje się być tylko pretekstem do rozważań o przeszłości, skutkach podejmowanych przez nas decyzji, a także próbą ukazania, jak mógłby wyglądać świat, gdyby ktoś ingerował w koleje losu. 

Dla bliżej związanych z książkami Kinga wiele momentów będzie nawiązaniem do znanych już historii, niekiedy są to imiona, innym razem sami bohaterowie, wydarzenia czy miejsca. Ale to już dość znane zachowanie tego autora. 

Z jednym muszę się nie zgodzić – w wielu miejscach widziałam błędne klasyfikowanie tej powieści. Ona nie ma w sobie nic z horroru (może trochę z thrillera), w większości to jednak świetna powieść obyczajowa, w której mieszają się wątki miłosne z politycznymi i historycznymi. Autor buduje napięcie, świetnie kreśli akcję, ale nie straszy nas, a przynajmniej nie w taki sposób, w jaki może się wielu wydawać. 

Czy warto? Warto. Naprawdę polecam.

środa, 4 stycznia 2012

"Marzenie Celta" M. Vargas Llosa

Kto do tej pory nie przekonał się do twórczości Maria Vargasa Llosy, powinien przeczytać „Marzenie Celta”. Jest ona książką niełatwą jeśli chodzi o tematykę, potrzebującą pełnego skupienia, zaangażowania myślowego i emocjonalnego w przedstawioną przez Noblistę historię. Uważam, że właśnie w niej, autor pokazał jak wielkim jest pisarzem, w pełni zasługującym na otrzymaną rok temu nagrodę. Sam pomysł napisania zbeletryzowanej biografii autentycznej postaci jest godny podziwu, zwłaszcza ze względu na pracę, którą włożył autor w jej przygotowanie od strony źródłowej. 

Mario Vargas Llosa przybliża nam postać przez wiele osób już zapomnianą, historię, o które wiele osób nie chciałoby pamiętać. Rogera Casementa poznajemy jako młodego chłopaka, chcącego pomagać w „cywilizowaniu” dzikiej Afryki. Jednak z biegiem lat jego wizja idealistycznego niesienia pomocy, przekształca się w przerażającą rzeczywistość, pełną okrucieństwa i wyzysku Europejczyków wobec „krajowców”. Jego sprzeciw wobec tego, co zobaczył w Kongu, ujawnił się w postaci raportu, który wzbudził wiele emocji wśród rządzących w poszczególnych krajach. W tym momencie jego nazwisko poznał świat, a liczbę zwolenników znacznie przewyższała liczba wrogów, którzy stracili przez niego wielkie źródło dochodów. Z kolejną misją Casement udał się do Ameryki Południowej, w której zastał podobną sytuację, jak w Kongu. Nowy raport, tym razem z nieludzkiego traktowania mieszkańców Amazonii wstrząsnął światem. Zadziwiać więc może jak bohater i obrońca ludzkich praw może stać się bardzo szybko zdrajcą, osobą, z którą znajomość jest najwyższym ryzykiem. Historię Rogera Casementa poznajemy dzięki jego wspomnieniom, w których wraca do wydarzeń z przeszłości czekając na wyrok w brytyjskim więzieniu. Bohater dokonuje retrospekcji swoich działań i zachowań, próbując odpowiedzieć sobie na pytanie, w jaki sposób znalazł się w tym miejscu i gdzie popełnił błąd, który może kosztować go życie. 

Oprócz rozdziałów dotyczących Afryki i Ameryki Południowej, przeczytamy także o Irlandii – państwie Casementa. Wydawać by się mogło, że to dziwne połączenie, ale gdy poznamy przyczyny, które sprawiły, że bohater postawił między tymi krajami znak równości, wszystko wyda się proste i na miejscu. Irlandia także stała się ofiarą, okupowanym przez Imperium Brytyjskie krajem, a Casement starał się także w tym przypadku o wolność i niepodległość z racji patriotyzmu i uczucia, jakim darzył swoją ojczyznę. 

„Marzenie Celta” to opowieść o walce z nadużyciami kolonizatorów, poszukiwaniu własnej tożsamości i sposobu na życie. Książka w bardzo dobry i bezkompromisowy sposób ukazuje prawdziwy obraz „cywilizowanych” Europejczyków. Z każdej historii bije brak ludzkiej moralności, zakłamanie i brak wrażliwości, co przeraża i jednocześnie fascynuje czytelnika.
Warto przeczytać tą książkę, poznać Rogera Casementa, otworzyć oczy i przyswoić sobie historię, którą rząd Brytyjski chciał wypaczyć i zatuszować. Sami odpowiedzcie sobie na pytanie kim tak naprawdę był Casement i czy zasłużył na to, co go spotkało.

Polecam, Mario Vargas Llosa w najlepszej formie!

wtorek, 3 stycznia 2012

"Kiedyś przy Błękitnym Księżycu" K. Enerlich


Są książki, które po prostu do mnie trafiają, jak żadne, których ładunek emocjonalny, wydaje się niewyobrażalny, a czytanie jest, jak słuchanie opowieści bliskiej osoby. Dopingujesz, denerwujesz, smucisz, cieszysz się i płaczesz razem z nią. Trywialne, ale bardzo rzadko, jakaś książka zrobiła na mnie takie wrażenie podczas lektury, jak ta. 

„Kiedyś przy Błękitnym Księżycu” to historia Barbary, czterdziestotrzyletniej kobiety, która próbuje ułożyć sobie życie, mimo piętna ciężkiego dzieciństwa, jakim było obserwowanie ojca alkoholika. Trauma tych wydarzeń sprawiła, że już jako młoda dziewczyna, chcąc podkreślić swój wyobrażony bunt w obliczu odejścia matki i pijaństwa ojca, tak naprawdę szuka jedynie zastępczej miłości w ramionach przygodnych kochanków. Ciągłe powroty do dzieciństwa są nieuniknione podczas „spowiedzi” bohaterki, ponieważ jej życie wciąż rozdarte jest pomiędzy teraźniejszością i bolesną przeszłością. Brak możliwości zapomnienia, uwolnienia się od tego, czego doświadczyła jako mała dziewczynka, a następnie nastolatka, spowodowała, że mimo dużych chęci, nie potrafi uwierzyć w siebie, związuje się z mężczyznami, by mieć namiastkę rodziny i uczucia, którego nie dali jej rodzice. Toksyczny związek, chęć ponownego odbudowania relacji z ojcem i nieuniknione spotkanie z dawno niewidzianą matką, to tylko nieliczne z przeszkód i prób, jakie napotkała Barbara na swojej drodze do wyzbycia się bólu i próby odnalezienia szczęścia w byciu z drugim człowiekiem.

Jak już wcześniej wspomniałam, książka Katarzyny Enerlich ma wielki ładunek emocjonalny, który za pośrednictwem bohaterki, jest przekazany przez autorkę. To bardzo osobista, momentami intymna powieść o kobiecie, która żyje z syndromem Dorosłego Dziecka Alkoholika. Jednocześnie jest ona powieścią uniwersalną, gdyż dotyczy nie tylko problemu dziecka zmagającego się z alkoholizmem rodzica, ale przede wszystkim jest o ludziach, którzy gdzieś po drodze zatracili wiarę we własne szczęście i możliwości. Autorka zwraca także uwagę na problem braku miłości do dziecka, braku zaufania i szczerej rozmowy. Książka może być oczyszczając lekturą dla wielu kobiet, które w życiu dorosłym, próbują naprawić krzywdy zadane im w dzieciństwie przez bliskie osoby. 

Bardzo chętnie jeszcze do niej wrócę.

czwartek, 29 grudnia 2011

„Barça moim życiem” X. Her­nán­dez Creus, J. Miguel


Kibicuję FC Barcelona już od kilku lat, tak mniej więcej od połowy gimnazjum. Przyznaje szczerze, że nie poszłam za żadną modą, bo u nas w tym czasie popularny był oczywiście Real i Manchester. O moim zainteresowaniu zdecydował przypadek, piłkę nożną lubiłam zawsze, ale bliżej mi było do takiej na niższym poziomie. Przerzucając kiedyś kanały, trafiłam na mecz, spodobała mi się gra, ta słynna już umiejętność utrzymywania się przy piłce... Mecz obejrzałam do końca. Wiedziałam już kto mnie tak zachwycił. I od tej pory tylko „Barça”

Wydawnictwo Sine Qua Non idealnie trafiło z pomysłem na wydawanie książek piłkarzy „Barçy”, obecność Klubu na szczycie jest najlepszą reklamą, wielu fanów z pewnością zakupi wszystkie pozycje, by mieć na swojej półce autobiografie ulubionych graczy. I nie ma wtedy dla nich aż takiego znaczenia wydanie książki, zbyt duża czcionka zwiększająca optycznie objętość czy literówki. 

„Barça moim życiem” to autobiografia Xaviera Hernándeza Creusa, którego fani piłki nożnej lepiej znają jako Xaviego. Samą biografię poprzedzają dwa teksty: Joana Vili, którego można z czystym sumieniem uznać za odkrywcę talentu Xaviego, i Tomasza Lasoty, prezesa stowarzyszenia FCB Polska. Piłkarz prostym językiem, bez wyszukanych metafor czy niepotrzebnych opisów, opowiada nam historię swojego życia, od momentu, w którym jego rodzice zdecydowali się na ślub, aż do eliminacji Ligi Mistrzów, w których Barcelona grała dwumecz z Wisłą Kraków. Dowiadujemy się jak silny wpływ na życie Xaviego miał rodzina, która sprawiła, że jest takim a nie innym człowiekiem oraz że miłość do tego Klubu „wyssał z mlekiem matki”. Poznajemy całą piłkarską karierę Xaviera, od czasu, gdy w wieku pięciu lat został zapisany do piłkarskiej szkółki w Terrasie, przez prawie wszystkie drużyny juniorskie „Blaugrany”, aż do gry w pierwszym zespole. Piłkarz wspomina o wielu osobach, które ukształtowały go podczas boiskowej kariery: kolegach z drużyny, trenerach i rywalach. Ale autobiografia Xaviego, to nie tylko piłkarska wycieczka do Barcelony, to także wiele wątków osobistych, które sprawiają, że postrzegamy go zupełnie inaczej. 

Choć wiele w tej książce pozytywnych wypowiedzi, z szacunkiem zarówno wobec rywali, jak i mniej lubianym kolegów z boiska, to Xavi nie boi się przyznać także do tych gorszych momentów swojej kariery. Wspomina o zgubnym wpływie częstej zmiany trenerów i sprowadzaniu obcokrajowców, którzy byli ważniejsi niż wykorzystywanie potencjału wychowanków. Wiele razy wraca do momentu, w którym gdy tego najbardziej potrzebował, nie miał wsparcia w kibicach, nie przebierających  w słowach, by przekazać swoją niechęć piłkarzom. Takie sytuacje sprawiły, że jeden z najlepszych piłkarzy, był bardzo bliski odejścia do Milanu, a tylko pewna sytuacja sprawiła, że odrzucił świetną ofertę. I trzeba przyznać, że bardzo dobrze się stało, bo bez niego, FC Barcelona nie byłaby, tu gdzie teraz jest.

Autobiografia Xaviego to także wiele świetnych ciekawostek o znanych piłkarzach, trenerach i możliwość poznania Klubu „od środka”. Xavi miał szczęście zaczynać swoją karierę piłkarską, gdy wiele sław jeszcze nie zakończyło kariery: Zidane, Rivaldo, Guardiola czy Cocu. 

Książka ma niestety także swoje minusy, wśród nich przede wszystkim czas wydania, oryginał w Hiszpanii wydany został w 2009 roku, u nas aż dwa lata później, przez co wiele wątków traci na aktualności, m.in. kwestia transferu Xabiego Alonso czy nadzieja na pozostanie Eto’o w Klubie. Sporne kwestie osobom, które nie śledzą na bieżąco poczynań „Blaugrany” wyjaśniają przypisy tłumaczki – Barbary Baradyn. Mam także zastrzeżenia do wcześniej już wspomnianej zbyt dużej czcionki i literówek, których nie zauważył korektor, większość czytelników nie zwróci na to uwagi, jednak dobrze by było zadbać o całość wydania na najwyższym poziomie.

Mimo minusów to naprawdę ciekawa i fajna książka, szczególnie dla fanów talentu Xaviego i „Blaugrany”. Bardzo dobrze, że w Polsce pojawia się coraz więcej książek o sporcie, bo wciąż jest to bardzo niszowa literatura, a przecież fanów piłki nożnej nie brakuje. Podsumowują przyjemniej ogląda się piłkarski spektakl w wykonaniu „Barçy”, ale czytanie tej książki może być dobrym przerywnikiem w czasie przerwy.  

czwartek, 22 grudnia 2011

"Spadkobierczyni z Barcelony" S. Vila-Sanjuán


„Spadkobierczyni z Barcelony” to autobiograficzna opowieść Pabla Vilara, spisana przez niego, lecz pozostawiona wśród innych papierów, przechowywanych przez rodzinę po jego śmierci. Wspomnienia odnalazł jego wnuk, Sergio Vila-Sanjuán, postanawiając opublikować je, po wcześniejszych zabiegach stylistycznych, głównie w zakresie języka czy charakteryzacji bohaterów i uporządkowaniu wspomnień. Dziwi tym samym brak nazwiska Vilara na okładce, gdyż zabiegi te, nie mogły wpłynąć w bardzo dużym stopniu na całość przedstawionej w powieści historii.

Wspomnienia opisane przez Pabla Vilara zabierają nas w podróż do Barcelony z lat 20. XX wieku. Jest to czas niepewny, ale zarazem fascynujący, pełny małych społecznych i politycznych walk, mających wkrótce przerodzić się w krwawą wojnę domową. Po przeciwnych stronach stoją anarchiści i burżuazja hiszpańska, starcia toczą między sobą także poszczególne frakcje polityczne. W mieście w tym samym czasie odbywają się bale i duże przyjęcia, a osoby wyrzucone poza nawias społeczeństwa próbują przeżyć w grotach barcelońskiej góry. W tym wszystkim próbuje odnaleźć się prawnik, Pablo Vilar, który mimo braku arystokratycznej rodziny, obraca się wśród możnych tego miasta. Z jednej strony przyjaźni się z ludźmi należącymi do barcelońskiego towarzystwa, a z drugiej za darmo pomaga osobom z nizin społecznych. Narastające konflikty w krótkim czasie zaczną dosięgać także „nietykalnych”, a widmo wielkiej burzy stanie się problemem wszystkich mieszkańców Barcelony.

Pablo Vilar przedstawia siebie jako katolika i monarchistę, o konserwatywnych poglądach, których nie kryje przed nikim i chętnie prezentuje je w swoich artykułach pisanych do barcelońskich dzienników. Dużo czasu spędza także w kancelarii i w sądzie, broniąc swoich klientów i dbając o ich dobro. Dzięki temu poznajemy szereg spraw sądowych, które według jego wnuka są przytoczone autentycznie. Podobnie sprawa ma się z wieloma bohaterami powieści, który żyli w tym czasie w Barcelonie, mimo, że Vilar chciał jakby zmylić odbiorców tekstu i zmienił ich imiona.

„Spadkobierczyni z Barcelony” jest książką dziwną, nie dającą się jednoznacznie wpisać w określony gatunek literacki, ponieważ zawiera elementy dziennika, biografii, kroniki dziennikarskiej czy powieści kryminalnej. Trudność złożenia zapisków Pabla Vilara w powieść widać w wielu jej elementach, można to także odczuć mocno podczas lektury książki. Odczuwa się niespójność, brak ciągłości faktograficznej i gatunkowej, powieść wiele razy urywa i zaczyna zupełnie od innych wydarzeń. Niestety fani Zafona mogą czuć się trochę oszukani, gdyż czytając jego rekomendację z okładki „Spadkobierczyni…”, mogli spodziewali się zupełnie innej powieści.

Mimo widocznych braków, Pablo Vilar stworzył świetny obraz Barcelony z początku ubiegłego wieku. Czytelnik ma ochotę zatopić się w tym pełnym sprzeczności i walk o władzę mieście. Jest to książka przede wszystkim dla osób zafascynowanych Katalonią i Hiszpanią. Taka mała lekcja historii od naocznego świadka rozgrywających się tam prawie sto lat temu wydarzeń. Przyjemność z czytania mogą mieć także osoby związane z prawem i dziennikarstwem, gdyż terminologii i ciekawych opisów z obu dziedzin nie brakuje.

Mam nadzieje, że moda na „barcelońskie powieści” nie stanie się krzywdząca dla czytelników, a kolejnymi autorami nie będzie kierować korzyść finansowa, lecz w głównej mierze przyjemność z pisania i stworzenia dobrej historii. 

poniedziałek, 12 grudnia 2011

"Fonsito i księżyc" M. V. Llosa

„Fonsito i księżyc” promowana jest jako historia napisana przez Maria Vargasa Llose z myślą o dzieciach. Ale czy aby na pewno? Choć posiada wszystkie cechy książeczki dla dzieci (piękne ilustracje, duża czcionka, krótka ale treściwa historia, bohaterowie są dziećmi), to jednak coś mnie nurtuje. Kto bliżej zapoznał się z książkami Noblisty, ten wie, że chłopiec o imieniu Fonsito jest także bohaterem dwóch jego poprzednich powieści: „Pochwały macochy” i „Dzienników don Rigoberta”, tam nie ma w sobie z nic z grzecznego cherubinka, którym jest w tej cieniutkiej opowieści. Dlatego zastanawiam się czy po raz kolejny autor nie wodzi nas za nos, oczekując, że wyczytamy prawdziwe przesłanie pomiędzy wierszami, które ostatecznie nie będzie już takie niewinne.

Z drugiej strony, Fonsito przedstawiony w tej historii nie ma w sobie nic z cech przedstawionych w innych książkach autora, wydaje się być jedynie zauroczonym małym chłopcem, który pragnie zasłużyć na buziaka w policzek od najładniejszej dziewczynki w klasie. Jego cierpliwość, pomysłowość i próba spełnienia z pozoru niemożliwego życzenia sprawia, że opowieść spodoba się zarówno dzieciom, jak i dorosłym. Prostota przekazu i głębia treści wskazywane są jako najczęstsze zalety tej książeczki, z czym oczywiście w zupełności się zgadzam.

Osoby, które czytając miały podobne rozważania spieszę zapewnić, że zbieżność imion jest zupełnie przypadkowa, a raczej zamierzona - znając autora, i są to dwaj różni chłopcy. Llosa z pewnością chciał zaintrygować czytelnika i wprowadzić pewien niepokój w odbiór tej historii. Jednak ci, którzy nie mieli okazji zapoznać się z „Pochwałą...” z pewnością pokochają książeczkę i będą często do niej wracać. Dla niektórych może się stać ulubioną książką Noblisty, ponieważ pozornie wydaje się inna, niż te, które napisał do tej pory. Podkreślam jednak, że tylko pozornie, mi po jej przeczytaniu pozostało dziwne uczucie, bo mimo zapewnień autora, wydaje mi się, że jest w niej jakieś szelmostwo.

czwartek, 8 grudnia 2011

"Chłopaki w sofixach" J. Porada

Jakub Porada kojarzy mi się przede wszystkim z informacyjnymi porankami w TVN24, więc bardzo się zdziwiłam, gdy napisał książkę, i to nie o swojej pracy dziennikarskiej, ale o młodości, którą przeżył na kieleckich blokowiskach. Ostatnio można zauważyć zjawisko włączania się do literatury przez osoby znane nam z telewizyjnego ekranu, na ogół zajmujące się czymś innym, niż pisarstwo. Jednym to wychodzi lepiej, innym gorzej, ale może lepiej pozostać przy swoim zawodzie i nie pchać się tam, gdzie nie do końca ma się pojęcie, co robić. Podobnie jest z „Chłopakami w sofixach”, pomysł jakiś jest, ale wykonanie trochę kuleje.

Książka Jakuba Porady to luźne wspomnienia, połączone ze sobą za pomocą skojarzeń, które przewijają się, czasami lekko na siebie zachodząc, burząc rytm, który chcielibyśmy odnaleźć przyzwyczajeni do charakterystycznych układów literatury pięknej. Nie znajdziemy jednak z tego nic, ponieważ nie jest to książka typowa. Jej gawędziarski styl, bardziej przypomina rozmowę znajomych przy piwie niż powieść, szczególnie widać to języku, którym posługuje się autor. Mamy do czynienia z wieloma charakterystycznymi dla środowiska czy wieku powiedzeniami, odwołaniami do piosenek i zespołów z tamtego okresu, masą wulgaryzmów i cytatów. Choć dzięki temu autor pozwolił nam na lepsze wniknięcie w swój świat z okresu PRL, to momentami ich ilość na jednej stronie jest mocno przesadzona, sprawiając, że zatracamy sens historii. Autor zdaje się tym jednak zupełnie nie przejmować, chcą jakby na siłę zabłysną kolejną „odkrywczą” myślą.

Do książki pochodziłam kilka razy, szczególnie trudno przebić się przez kilkadziesiąt pierwszych stron. Niestety nie jest to powieść, którą czyta się jednym tchem, między obiadem a kolacją. Początkowe wrażenie niemożności odnalezienia się w przywoływanym przez autora świecie skutecznie odsuwa od czytania. Wydaje się, i nie wiem czy nie słusznie, że Jakub Porada napisał tą książkę dla siebie, by w jednym miejscu skupić uciekające skrawki młodzieńczych wspomnień i przygód, a jej odbiorcami powinni być przede wszystkim tytułowe chłopaki i ich znajomi.

Oczywiście, prawie jak w każdej powieści można odnaleźć trochę uniwersalności, tak więc, Marynarz czy Benek będzie stałym elementem w przestrzeni miejskich blokowisk, choć może pod innym pseudonimem, a wiele przygód nie obcych jest także dzisiejszej młodzieży. Warto jednak zwrócić uwagę na to, że autor pokazuje czytelnikom możliwość wybicia się ze środowiska, z góry skazanego na niepowodzenia.

Podsumowując „Chłopaki w sofixach” to lektura niełatwa, głownie dla fanów dziennikarza, chcących poznać jego wspomnienia. Dla niektórych może być też innym spojrzeniem na okres PRL. Ja z pewnością nie będę wracać do tej książki myślami, bo choć nie jest zła, to zupełnie nie dla mnie.

wtorek, 6 grudnia 2011

"Podwójna cisza" M. Jungstedt


Ostatnia część gotlandzkiej serii o komisarzu Knutasie znacznie różni się od poprzednich. Przede wszystkim wyróżnia ją rozpoczęcie opowieści, które nie zaczyna się od morderstwa, jak w poprzednich książkach. Historia stworzona przez Mari Jungstedt od samego początku płynie spokojnie, a nawet dość leniwie. Można mieć wrażenie, że autorka zamiast kryminału napisała powieść obyczajową, jednak nic bardziej mylnego, prawdziwa esencja tego tomu dopiero przed nami.

Wydarzenia rozgrywają się podczas festiwalu poświęconemu Ingmarowi Bergmanowi na wyspie Fårö, gdzie reżyser spędził ostatnie lata swojego życia. Ten czas z życia artysty owiany jest tajemnicą, a fani jego twórczości od wielu lat próbowali bezskutecznie dowiedzieć się, gdzie znajdowała się posiadłość ich mistrza. Na festiwal, wśród tłumów ludzi, przyjeżdża paczka przyjaciół z jednego z osiedli w Visby. Przyjaciele są bardzo zgrani, ich spędzanie czasu tylko w swoim gronie ma coś z założeń sekty, lecz nie o to, tu chodzi. Czas mija, a wszystko wciąż nie zapowiada tragicznych wydarzeń, które już niedługo wstrząsną mieszkańcami wyspy.

Czy książka mnie zaskoczyła? Trochę tak, autorka zdaje się rozwijać z każdym tomem i daje się to odczuć podczas czytania i rozwikływania zagadki. Układ choć inny, też nie jest typowy dla kryminału, ale nie jest to wadą. Tylko tożsamość mordercy odkryłam dość łatwo, choć upewniłam się dopiero pod koniec. Ale tradycyjnie, jako, że przywiązałam się już do bohaterów i Gotlandii, przeczytałam ją szybko i z zainteresowaniem. Fani autorki nie powinni czuć się zawiedzeni, w końcu znają już jej warsztat i sposoby prowadzenia akcji.

Dużym plusem są odwołania do tradycji i kultury szwedzkiej, autorka w każdym tomie przedstawia nam jakieś ciekawe elementy gotlandzkiego świata, przybliżając nam go i oswajając. W tym tomie szczególnie cieszę się z przywołania postaci Bergmana, którego filmy lubię, takie działanie sprawia, że kryminał nie staje się jedynie odpoczynkiem dla mózgu, ale też sposobem na poznanie nieznanych faktów.

Zastanawia mnie tylko zakończenie, ponieważ sugeruje kolejną część serii, o których z tego co wiem w Polsce nikt jeszcze nie wie. Na stronie autorki wyczytałam, że wydano już dwie kolejne części. Mam nadzieje, że u nas też będą niedługo dostępne.

czwartek, 1 grudnia 2011

"Zawód: fotograf" Ch. Niedenthal

Format i objętość książki „Zawód: fotograf” Chrisa Niedenthala z pewnością odrzuci niejedną osobę od jej czytania. Każdy, kto czyta nałogowo, ma potrzebę noszenia lektury wszędzie ze sobą, by móc przeczytać choć jedno zdanie w poczekalni u lekarza, kolejce czy podróży komunikacją miejską. „Zawód: fotograf” się do tego nie nadaje, co jednak nie oznacza, że nie próbowałam, a nawet szczerze przyznaję, że nie mogłam się od niej oderwać.

Pozorna objętość bardzo szybko zostaje zmniejszona o wiele stron, gdyż dużo z nich to zdjęcia, przedstawiające sytuacje do których w tekście odwołuje się ich autor. Razem z nim podążamy w historyczną podróż, od jego młodości w Londynie lat 50., gdzie od urodzenia mieszkał z rodzicami, który wyemigrowali do Anglii na początku II Wojny Światowej. Śledzimy jego rozwój, naukę, studia fotograficzne, a szczególnie moment, gdy jako młody chłopak decyduje się na wyjazd do Polski w 1973 roku. To wydarzenie na zawsze odmieni jego życie, a dla nas stanie się powrotem do jednych z najważniejszych wydarzeń w historii współczesnej Polski. Książka Niedenthala to historia w pigułce, „fotograficzna ikona stanu wojennego”, wspaniały dowód na to, że nawet w ciężkich czasach można ukazywać rzeczywistość w sposób prosty i bezpośredni.

W tej książce wymieszane jest wszystko: życie osobiste autora, jego przyjaźnie, podróże, zarówno te zawodowe, jak i prywatne, zdjęcia, a przede wszystkim odczucia związane z różnymi wydarzeniami i sytuacjami. Wszystko ubrane jest w ciekawą opowieść, która powinna zostać poznana przez każdego Polaka.

Okres pomiędzy latami 70. i końcówką lat 90. to wbrew pozorom czas ożywionego życia towarzyskiego, radości i walki o najprostsze nawet sprawy. Wtedy nic nie było łatwe, dzięki temu osoby, których młodość przypadała właśnie na ten czas, wiedziała, co znaczy walka o wolną, demokratyczną Polskę i swobodę wypowiedzi. Oni doceniali i smakowali życie, czyli zupełnie inaczej niż robimy teraz my, mając wszystko na wyciągnięcie ręki.

Bardzo polubiłam styl autora, prosty, konkretny, ale trochę jak u dawnych opowiadaczy, których historia wciąga, a uczucie spełnienia może dać tylko zakończenie. Nic więc dziwnego, że lektura zajęła mi tylko trzy wieczory. Szczególnie polecam ją osobom zainteresowanym fotografią, bo to także dobra lekcja dziennikarstwa i reportażu, a przede wszystkim możliwość dowiedzenia się z pierwszej ręki, jak odbywało się to przed nastaniem techniki cyfrowej.

W tym momencie szczerze żałuję, że nie przeczytałam tej książki wcześniej i nie udałam się do autora po autograf podczas XV Targów Książki w Krakowie. Nawet waga i format książki nie byłby wtedy problemem.

sobota, 26 listopada 2011

"Jutrzejsza miłość" S. Abbott

„Jutrzejsza miłość” trochę mnie zaskoczyła, choć trudno mi przyznać czy pozytywnie. Nie jestem fanką książek o miłości, nawet tych nietypowych, a okładka w jesiennych kolorach, z dodatkiem szarości, zapowiadała mi właśnie ten typ literatury.

Bohaterowie książki Shirley Abbott to grupa osób, związanych ze sobą więzami rodzinnymi lub uczuciowymi, na stałe mieszkająca w Nowym Jorku. Poznajemy Marka i Maggie, małżeństwo przeżywające kryzys, a także jego kochankę, która jest jednocześnie przedszkolanką ich córki. Kolejną bohaterką, jest Antonia, matka Maggie, żyjąca w związku z Samem, który nie chce rozwieźć się ze swoją żoną Edith. Antonia przyjaźni się z parą homoseksualistów, Gregiem i Artym, którzy tworzą naprawdę zagrany i dobry związek. Dodatkowo, wnuczka Sama, Alison, postanawia wyprawić z Candance prawdziwe przyjęcie ślubne, a panny młode mają wystąpić w białych długich sukniach. Ich plany skutecznie dzielą rodzinę.

Mnogość wątków i bohaterów tylko pozornie wydaje się taka zagmatwana, czytając coraz łatwiej odnajdujemy się w nowojorskiej rzeczywistości, dla której centralnym momentem, choć zabieg autorki tworzy z niego tylko fragment historii, jest atak na WTC w 2001 roku. Tematem przewodnim jest oczywiście miłość, w większości przypadków nieszczęśliwa. Każdy z bohaterów ma własne problemy, które przyznam szczerze, wydają mi się w obecnych czasach dość zwyczajne. Autorka starała się nagromadzić wiele spraw, by mieć czym zapełnić strony. Nie umniejszam tutaj jednak skali głębokiego kryzysu małżeńskiego, zachorowania przez jednego z bohaterów na raka czy walki o tolerancje i akceptację pary lesbijek. Po prostu w książce nie odczuwa się emocji, które prawdopodobnie chciała nam przekazać Shirley Abbott. Przyznam, że męczyłam się z czytaniem „Jutrzejszej miłości”, a jedyny element napięcia, jakim był atak na WTC, tylko na chwilę zwiększył moje zainteresowanie książką.

Szkoda, że autorka nie skonstruowała swojej powieści trochę inaczej, bo czytając o ważnych i niekiedy ciężkich problemach, chciałabym „wynieść” coś z tej książki dla siebie, do swojego życia. Niestety, mimo pewnego potencjału i dobrego pomysłu, bardzo zawiodło gdzieś po drodze wykonanie. Nie będę jej dobrze wspominać, choć doczytałam do końca.

środa, 23 listopada 2011

"Słodkie lato" M. Jungstedt

W dużej mierze na moją ocenę „Słodkiego lata” z pewnością wpłynęła słynna już decyzja wydawnictwa Bellona, o wypuszczaniu książek z serii o komisarzu Knutasie w zaburzonej chronologii. Czytając tę książkę znałam już jej zakończenie i późniejsze wydarzenie, co niestety trochę zepsuło mój odbiór zbudowanej przez autorkę intrygi. Nie oznacza to jednak, że miałam sobie lekturę odpuścić, z przyjemnością chciałam dowiedzieć się, co takiego wydarzyło się podczas tego śledztwa. Podobnie jak w poprzednich częściach spotykamy znanych już bohaterów: Knutasa, Karin, Johana, Emmę i wielu innych, dla których życie zawodowe przeplata się z perypetiami życia osobistego.

Wyspa Fårö, pełnia lata, czas urlopowych wyjazdów. Na wakacje udał się także Peter Bovide z rodziną, postanowili zatrzymać się w kampingu, który odwiedzają od lat. Wyjątkowo piękna pogoda sprzyjała odpoczynkowi od pracy, opalaniu, codziennym spacerom i porannemu joggingowi. Wydawać by się mogło, wakacje jak co roku, jednak nic bardziej mylnego. Peter pewnego ranka zostaje zamordowany na plaży. Policjanci badający jego przeszłość widzą w nim tylko dobrego ojca, męża i przedsiębiorcę, który wydaje się, że nie mógł nikomu zawinić. Jednak pod cienką warstwą idealizmu, kryją się rzeczy, o których nie mówi się głośno.

W niedalekiej odległości, 20 lat wcześniej wakacje na wyspie spędzała czteroosobowa rodzina z NRD. Wyjazd w tamtych czasach za szwedzką granicę był marzeniem tysięcy osób, ale szczęście uśmiechało się do nielicznych. Jednak znajomości ojca, grób jego dziadka na wyspie, legenda o zatopionym rosyjskim okręcie oraz kilkuletnie starania, owocują wyjazdem wakacyjnym. Początkowa sielanka przeradza się jednak w tragedię.

Jungstedt podobnie jak w poprzednich powieściach z cyklu łączy ze sobą kilka wątków. Tradycyjnie śledztwo przeplata się z życiem rodzinnym Knutasa, wątkiem miłosnym Johana i Emmy oraz nietypowo, historią rodzinnej tragedii z 1985 roku. Wątek kryminalny, pomimo znanego przeze mnie zakończenia, potrafił mnie wciągnąć i wyczarować przede mną wizję groźnych szwedzkich wysp, na których kolejny raz wizja urlopowa Szwedów zostaje zachwiana. Warto także zwrócić uwagę, na to, że śledztwo prowadzi tym razem Karin, gdyż Knutas spędza z rodziną urlop w Danii. Sprawia to jednak wiele nieoczekiwanych problemów.

Uważam, że książka powinna zadowolić fanów Mari Jungstedt, a nieco przewrotny tytuł „Słodkie lato”, w pełni kontrastuje się z przedstawionymi wydarzeniami. Kryminał szwedzkiej autorki zapewni dobrą rozrywkę na chłodny jesienny wieczór, a śledzenie i odkrywanie intrygi to łamigłówka dla umysłu, chcącego odpocząć od pracy czy nauki. Nie jest to literatura wysokich lotów, ale kryminał wcale nie ma tego w założeniu.

Osobom, które zaczynają przygodę z serią o komisarzu Knutasie, przypominam, że „Słodkie lato” jest piątą częścią cyklu, a nie szóstą, jak zdecydowało wydawnictwo Bellona.

wtorek, 15 listopada 2011

"Spalone" J. Casey


„Spalone” to druga, po „Zaginionych”, książka Jane Casey wydana w Polsce przez wydawnictwo Prószyński i S-ka. Pochodząca z Dublina autorka na co dzień pracuje w wydawnictwie jako redaktorka książek dla dzieci. W wolnych chwilach, jakby odskoczni od codziennej pracy, pisze wciągające i klimatyczne thrillery, które zyskały już wielu fanów.

W Londynie grasuje seryjny morderca kobiet, nazywany Podpalaczem, z powodu palenia ciał swoich ofiar w odludnych zakątkach miasta. Do tej pory zamordował w ten sposób cztery kobiety, a w krótkim czasie odnalezione zostaje także ciało piątej. Policja nie ma żadnych poszlak, kieruje się jedynie portretem psychologicznym sprawcy: dorosły mężczyzna, nienawidzący kobiet, odczuwający seksualne zaspokojenie przez zabijanie i spalanie ofiar. Jedną z osób zajmujących się dochodzeniem, jest młoda policjantka, Maeve Kerrigan, której życie toczy się prawie całkowicie wokół pracy. Za wszelką cenę chce ona udowodnić pracującym z nią mężczyznom, że potrafi dać sobie radę w policji, a jej atuty, to coś więcej niż ładny wygląd. Może dzięki zawziętości, to właśnie jej udaje się przestawić dochodzenie na właściwe tryby?

„Spalone” to książka nierówna, autorka rozpoczyna ją od mocnego akcentu, stale podnosząc napięcie, gdzieś tak do 2/3 objętości powieści. Niestety później napięcie całkowicie opada, by po jakimś czasie znowu lekko wzrosnąć. O ile Jane Casey dobrze radzi sobie z prowadzeniem akcji podczas poszukiwania mordercy, o tyle samo rozwiązanie zagadki wydaje się być zepchnięte na margines, a autorka od razu przeskakuje do kolejnej sprawy. Jako czytelniczka i wielbicielka tego gatunku wolałabym bardziej odczuwać zagubienie policji, ich starania i poszukiwania mordercy, nie twierdzę, że tego tutaj nie ma, ale jednak uważam, że mogło być to bardziej widoczne.

Dużo miejsca autorka poświęca policjantce Kerrigan i jej życiu osobistym, kontaktom z kolegami z pracy i kiepskiej relacji z matką. Maeve musi walczyć z ciągłymi dogryzkami policjantów, ich seksistowskimi i rasistowskimi uwagami, a także poglądem na miejsce kobiety w społeczeństwie. Dochodzenie i poszukiwanie mordercy jest więc dla niej czymś więcej, niż pracą, to szansa na pokazanie się i udowodnienie swojej wiedzy i zmysłu detektywistycznego. Detektyw Kerrigan z pewnością można polubić, a wiele dziewczyn będzie się z nią identyfikować, bo jest typem nowoczesnej kobiety, dla których praca, jest czasem ważniejsza niż dom i rodzina.

Oczywiście mimo zauważonych przeze mnie wad książki, nie należy skreślać „Spalonych”, a nawet warto poświęcić dwa wieczory na przeczytanie nowej powieści Jane Casey. Z pewnością to dobry thriller, który zapewni wielu czytelnikom rozrywkę, a także odrobinę napięcia i towarzyszącego mu strachu. Dodatkowym atutem książki jest prowadzenie narracji na przemian przez Maeve i jedną z bohaterek powieści Louise, ten zabieg daje czytelnikowi pełniejszy obraz sytuacji oraz odczuć głównych postaci.

czwartek, 3 listopada 2011

"Światła września" C. R. Zafón

Gdy tylko dostałam najnowszą książkę Carlosa Ruiza Zafóna, która ukazała się właśnie dzisiaj na naszym rynku, od razu zabrałam się za czytanie. Po raz kolejny magia okładki owładnęła moim umysłem i sprawiłam, że bardzo szybko odnalazłam się w wyczarowanym przez autora świecie. „Światła września” to kolejna po „Księciu mgły” i „Pałacu północy” książka skierowana do młodszego czytelnika, a tym samym ostatnia, której jeszcze u nas nie wydano. Niestety, jako wielka fanka Zafóna, jestem niepocieszona brakiem informacji o jego nowych książkach, na które widocznie trzeba będzie jeszcze kilka lat poczekać.

Akcja powieści rozpoczyna się na wybrzeżu Francji, gdy wdowa z dwójką dzieci dostaje pracę w charakterze ochmistrzyni u tajemniczego wynalazcy i właściciela fabryki zabawek. Rodzina kobiety w ramach umowy z pracodawcą mogła zamieszkać w niewielkim białym domu na cyplu. Dobre warunki pracy, świetne wynagrodzenie i perspektywa rozpoczęcia nowego życia w małym miasteczku, wydawały się spełnieniem marzeń rodziny Sauvelle. Idylliczne życie bohaterów mąci dziwne morderstwo, które sprawia, że zaczynają wychodzić na wierzch ukryte od dawna tajemnice. Rezydencja, w której mieszka twórca zabawek, staje się mrocznym i niebezpiecznym miejscem, w którym różne mechanizmy nagle odżywają i śledzą każdy ruch bohaterów książki. Zapowiada się walka o życie, w której żadna ze stron nie ma zamiaru odpuścić.

Po raz kolejny Zafón wciągną mnie w bajeczny świat, pełen strasznych zabawek o świecących w ciemności oczach, sprawiając, że w każdym kącie dostrzegałam złowrogi Cień. I choć wiele osób stwierdzi, że to tylko kolejna powieść dla młodzieży, to ja będę upierać się, że taka dawka wyobraźni i niesamowitych zdarzeń potrzebna jest każdemu z nas. Żałuje, że „Świateł września” nie wydano, gdy ja miałam naście lat, bo wtedy oddziaływałaby na mnie jeszcze mocniej.

Wśród plusów przede wszystkim historia, której nie sposób się oprzeć, magiczne wybrzeże Francji wraz białymi plażami i turkusową wodą, a także bohaterowie, których można polubi od razu i żal się z nimi rozstawać. Autor przekazuje nam to wszystko pięknym językiem, sprawiając, że czytelnik wchłania powieść, nie patrząc na upływający czas. Dzięki tym zaletom książka będzie idealna jako lektura dla młodzieży, choć jak już wcześniej wspomniałam, nalegam, by sięgnęli po nią także starsi czytelnicy. Fani autora z pewnością się nie zawiodą.

Na koniec przytoczę słowa jednego z bohaterów, Lazarusa Janna, które z pewnością są bliskie wielu czytelnikom:

„Na szczęście nauczyłem się czytać. Ta umiejętność była dla mnie prawdziwym wybawieniem, od tej pory moimi przyjaciółmi stały się książki.”

sobota, 29 października 2011

"Namiestniczka. Księga II" W. Szkolnikowa

Po średnio udanym spotkaniu z pierwszą częścią „Tylogii Suremu”, postanowiłam spróbować zmienić swoje zdanie o autorce i jej książkach czytając kolejny tom. Biorąc pod uwagę jego objętość, można było spodziewać się mniej zbędnych opisów, a większej ilości konkretów, co właściwie nawet się sprawdziło. Porównując obie części, „Dzieci Pogranicza” wypadają zdecydowanie lepiej.

Druga część trylogii, choć jest oczywistym następstwem pierwszej, bardzo luźno odwołuje się do wcześniej opisywanych wydarzeń. Mali bohaterowie są już dorośli, a Ci którzy władali ziemiami w pierwszym tomie, najczęściej oddali już władzę w ręce swoich następców. Podobnie jest w przypadku namiestniczki, na tronie zasiada Salome Jasna, która objęła rządy w Imperium Anryjskim po śmierci Enrissy. Trzeba jednak wspomnieć o tym, że bardzo różni się od swojej poprzedniczki, a jej słabość i brak zdecydowania sprawia, że większą władzę niż ona posiada w państwie Wielka Rada i magowie.

Autorka w Księdze II trzyma się najczęściej wydarzeń bieżących, bardzo rzadko powracając do przeszłości, dzięki czemu nie mamy uczucia powtarzalności. Niestety nic nie zmieniło się jeśli chodzi o bohaterów, wciąż nie ma wyraźnego podziału na głównych i drugoplanowych, co sprawia, że autorka stara się wprowadzić nas w życie każdej z wymienionych osób, nie rozbudowując charakterystyki poszczególnych postaci. Czytelnicy mogą mieć też problem z mnogością nowych wątków, które Wiera Szkolnikowa wprost uwielbia rozpoczynać, a także okrutnie ucinać. Mnie nie raz to bardzo mocno denerwowało, bo wypadałoby prowadzić akcję tak, by potencjalny odbiorca nie zgubił się w niej i śledził z zaciekawieniem.

Choć drugi tom trylogii wciąż nie jest tym „typowym” fantasy, to może wciągnąć i zainteresować wielu czytelników. W porównaniu do poprzedniego tomu, wydarzenia są bardziej krwawe i ciekawe, więcej dowiadujemy się o elfach, a także o samym królu, którego bezgranicznie uwielbia młoda namiestniczka. Autorka oczywiście przybliża nam także wszelkie rodzinne powiązania między bohaterami, władców poszczególnych ziem i ich rodziny, dworskie zwyczaje, a także plotki i skandale. Z pewnością każdy z czytelników znajdzie coś dla siebie, mimo, że do bohaterów ciężko się przywiązać, a nawet ich polubić. Zaskakujące zakończenie sprawia jednak, że przeczytanie ostatniego tomu trylogii jest nieuniknione.

czwartek, 20 października 2011

"Złamane serca" P. Wells

„Złamane serca” to typowa powieść dla nastolatek, w której czytamy o problemach w szkole, niespełnionych miłościach, rozstaniach, kłótniach z rodzicami, szkolnej działalności w różnych kółkach zainteresowań. Nastolatki odnajdą w niej emocje i uczucia, które na tym etapie rozwoju dotyczą także ich. Z łatwością zidentyfikują się z którąś z bohaterek, bo jak to w takich powieściach bywa, każda jest inna i ma swoje charakterystyczne cechy. Dla tych, którzy przeżywają pierwszą miłość lub pierwsze rozstanie z tym „ostatecznym i jedynym”, lektura idealna. Mnie żadna z tych sytuacji nie dotyczy, ale po bardzo podłym dniu, to była jedyna książka, którą byłam wstanie przeczytać.

Bohaterkami są cztery przyjaciółki: Sydney, Raven, Kelly i Alexia, które uczęszczają do tej samej szkoły. Trzy pierwsze nieoczekiwanie rozstają się ze swoimi chłopakami i postanawiają szukać pocieszenia u jedynej z nich, która akurat nie jest z nikim związana. Sytuacja nieoczekiwanie przypomina dziewczynom o zaniedbanej przyjaźni, którą chcą teraz naprawić. Jednocześnie, próbują zrobić także wszystko, by zapomnieć o swoich byłych chłopakach. W tym miejscu z pomocą przybywa Alexia, która będąc córką dwójki psychologów, robi dla swoich koleżanek „Kodeks zerwań”, składający się z 25 zasad. Jedyną szansą powodzenia kodeksu, jest ścisłe trzymanie się zasad, co niestety nie jest łatwe, a w przypadku jednej z dziewczyn nawet niemożliwe.

Autorka przybliża nam także życie codzienne amerykańskich nastolatków, którego opis może widzów kilku bardzo znanych filmów (także z Ameryki) zmusić do zastanowienia się czy gdzieś już tego nie było? Imprezy bez rodziców w każdy weekend, niekończące się ilości alkoholu, plastikowe kubeczki, każda nastolatka jeżdżąca własnym autem, nieprzeciętna uroda chłopaków, wiodących na pokuszenie piękne młode dziewczyny i codzienne jadanie w restauracjach i barach w mieście. Wszystko bajkowe do granic możliwości, niestety także bardzo oklepane. A szkoda.

Mimo wszystko książkę czyta się jednym tchem, a nastolatki mogą ją nawet pokochać.

wtorek, 18 października 2011

"Numery 2. Chaos" R. Ward

Książka „Numery 2. Chaos” jest kontynuacją pierwszej powieści Rachel Ward. Należy, podobnie jak jej poprzedniczka do książek, które czyta się szybko i przyjemnie, choć z pewnością ma także swoje wady. Niemniej można spędzić przy niej odprężająco wieczór, bo na dłużej raczej nie wystarczy.

Akcja powieści rozgrywa się szesnaście lat po poprzednich wydarzeniach, z udziałem Jem i Pająka. Głównym bohaterem jest syn tej dwójki, Adam, który odziedziczył po matce „dar” widzenia dat śmierci innych osób. Opuszczony w młodym wieku przez matkę, mieszka jedynie z babcią, która przekonuje go, by przenieśli się do jej dawnego mieszkania w Londynie. Na miejscu okazje się, że prawie wszyscy otaczający Adama ludzie mają jedną datę: 1.01.2027, a wizje przedstawiają prawdziwy chaos: ogień, gruz, powodzie, trzęsienia ziemi. Chłopak wie, że stanie się coś strasznego, a on nie będzie mógł temu zapobiec. Sytuację zmienia spotkanie z Sarą, dziewczyną, która widzi Adama w swoich koszmarach. Oboje wiedzą, że z początkiem nowego roku będą musieli zmierzyć się z nieubłaganym przeznaczeniem, przed którym nie ma ucieczki. Można jedynie próbować zmniejszyć efekty katastrofy...

W porównaniu do pierwszej części, autorka zdecydowała na narracje prowadzoną na przemian przez Adama i Sarę. Są to krótkie rozdziały, ale dają pełniejszy obraz sytuacji, niż gdyby przedstawiała go jedna osoba. Szczególnie, że można zauważyć jak różnie odbierają te same sytuacje osoby obu płci. Chociaż język, jakim posługuje się Rachel Ward, trochę złagodniał w drugiej części, to nadal wydaje mi się zbyt przesadzony, nawet jak na książkę kierowaną do młodzieży. Przede wszystkim chodzi mi tutaj o zachowanie Adama, gdy wpadał w złość i nie liczył się ze słowami, które kierował do swojej babci.

Oprócz samej historii dwójki bohaterów, warto zwrócić uwagę na wizję ponurej przyszłości, którą stworzyła Rachel Ward. Londyn w 2026 roku to miasto, w którym czipuje się ludzi, jak kiedyś psy. Ucieczka jest niemożliwa, policja bardzo szybko potrafi odszukać uciekiniera, za pomocą tego malutkiego urządzenia znajdującego się pod skórą. Wiele zwyczajnych czynności jest zabronionych, a prawo zawsze jest przeciwko skrzywdzonemu. Nowoczesne technologie są tylko pozornym przyjacielem, w rzeczywistości stają się idealnym narzędziem do kontrolowania ludzi przez organy władzy. Nie brakuje także problemów, z którymi już teraz stykamy się bardzo często: pedofilia, molestowanie seksualne, nietolerancja, agresja młodych osób wobec starszych, przemoc i uzależnienia. Takie książki prócz porywającej historii, powinny dawać nam także możliwość zastanowienia się nad tym, w którym kierunku zmierza świat, i czy tak naprawdę jest to dobry kierunek.

piątek, 7 października 2011

"Belgijska melancholia" M. Orzechowski

W Belgii poznałam przede wszystkim region Flamandzki i miasteczka położone w promieniu 15-20 kilometrów od Antwerpii. O konflikcie między Flandrią i Walonią dowiedziałam się podczas pierwszej podróży do tego kraju kilka lat temu, od znajomego Belga, z którym zwiedzaliśmy Antwerpię. Sam kraj zrobił na mnie spore wrażenie, przede wszystkim ogrom zieleni, ilość pół i hodowli blisko miast, a także architektura budynków przy głównych ulica, w której przeważają małe cegiełki, dające wrażenie uporządkowania i harmonii. Belgia wydawała mi się trochę surrealistyczna, chociaż przed przeczytaniem „Belgijskiej melancholii” nie wiedziałam, że aż tak; już zawsze będzie kojarzyć mi się z frytkami, piwem i czekoladą, oraz, co może niektórych zdziwić, gruszkami. Z przyjemnością wybrałam się w kolejną podróż do tego małego kraju, tym razem ze świetnym przewodnikiem, Markiem Orzechowskim.

O Belgii prawie każdy mieszkaniec Europy wie właściwie niewiele, poza tym, że jej stolica jest siedzibą unijnych instytucji. Belgów nie kojarzy się za bardzo z pierwszych stron gazet, nie czyta się o nich w Internecie czy nie widuje podczas wycieczek w innych europejskich miastach. To wszystko dlatego, że Belgowie, a może raczej Flamandowie i Walonii, nie chcą rzucać się w oczy, wolą spokojną egzystencję, daleką od skandali. Charakteryzują się skrytością, brakiem spoufalania się z nowopoznanymi ludźmi, a przede wszystkim bronieniem dostępu do swojej prywatności. Rozmowa z mieszkańcami tego kraju jest sztuką, którą nie każdy potrafi opanować, wydaje się jednak, że czas poświęcony na zdobycie przyjaźni Belga, jest tego warty.

„Belgijska melancholia” to historia małego kraju, jego zawirowań politycznych i społecznych. Marek Orzechowski opowiada o trójjęzyczności Belgii, która po dziś dzień jest problemem w wielu urzędach, podziale kraju, w którym nikt nie czuje się Belgiem, a brak zaufania wobec rządu i polityków widać podczas każdych wyborów. Belgia przedstawiona przez korespondenta TVP to także wspaniała kuchnia, która jest właściwie rytuałem, wiele rodzajów frytek, po które do stolicy przyjeżdżały największe sławy, słynne pralinki i czekolady, a także piękne koronki, które co bogatszy turysta, na pewno przywiezie z belgijskich wojaży. Autor zwraca także uwagę na codzienność belgijskiego narodu, edukację, leczenie, religię, a także możliwości rozwoju i pracy. Belgia zachwyca architekturą, pięknym wybrzeżem, a także możliwościami, które skrywa w swych małych granicach.

Chociaż „Belgijska melancholia” to ciekawy reportaż, ilość historii i zawirowań politycznych może, co mniej zainteresowanych zanudzić i odrzucić. Jednak pozostałych, znających Belgię i chcących poznać ją lepiej, polecam przeczytanie reportażu Marka Orzechowskiego. Mi wyjaśnił wiele rzeczy, m.in. zagadkę „pustego” sierpnia w Belgii, małomówność i skrytość Flamandów, a także kwestię pozamykanych w ciągu tygodnia kościołów. Szkoda tylko, że opowieść dziennikarza, przypomina bardziej bajanie, które nie ma konkretnego początku, ani końca, a poszczególne wątki mieszają się ze sobą i sprawiają niekiedy wrażenie lekko niejasnych lub nie do końca wyczerpanych.

piątek, 30 września 2011

"Saga Sigrun" E. Cherezińska

O Norwegii z czasów Wikingów napisano już wiele książek. W większości, jeśli nie we wszystkich, wysławiano mężnych wojów, ich odwagę, zdolności taktyczne i odporność na ból. Pisano o ich wyprawach, stoczonych bitwach i zagarniętych ziemiach, a także wielkiemu oddaniu i zawierzeniu bogom. W tych historiach brakowało jednak kobiet Wikingów, ich matek, żon, kochanek, sióstr i córek, pojawiały się tylko w tle, mało znaczące, wybierane na godne towarzyszki życia przez rodziny. Dlatego warto zwrócić uwagę na powieść Elżbiety Cherezińskiej, która postanowiła tą dawną Skandynawię pokazać nam z perspektywy kobiet.

Główną bohaterką powieści jest Sigrun, żona jarla Regina, którą poznajemy jako młodą dziewczynę, a kończąc powieść żegnamy jako dojrzałą i doświadczoną przez życie kobietę. Oprócz niej w książce pojawia się wiele innych kobiecych postaci, pozostawionych w domach na czas wypraw swych mężczyzn. Przez większość roku same muszą zajmować się codziennymi problemami, wychowaniem dzieci, doglądaniem żniw, ofiarami dla bogów, chorobami i utrzymaniem odpowiednich stosunków z właścicielami sąsiednich ziem. Ich tęsknotę koją kolejne hafty na koszulach robionych dla mężów i synów, rzadkie wyjazdy w rodzinne strony i chwile samotności w ulubionych miejscach. Elżbieta Cherezińska stworzyła bardzo wyraziste i ciekawe kobiece postacie, wśród których nie brakuje wróżbiarek, szeptuch, czy dziewczyn zajmujących się ziołami. Każda z nich ma swoje, wyróżniające ją cechy charakteru pozwalające mniej lub bardziej odnaleźć się w samotnej rzeczywistości, którą nakłada na nie ich życiowa sytuacja.

„Saga Sigrun” to barwna, napisana z epickim rozmachem książka, którą koniecznie trzeba przeczytać. Lekko wyidealizowani bohaterowie nie przeszkadzają, a nawet przypominają tych, których w pieśniach wychwalali skaldowie podczas bogatych uczt. Całość sprawia wrażenie szeptanej lub opowiadanej, przypominając dawne pieśni, które potrafią całkowicie zawładnąć wyobraźnią czytelnika i nie pozwalają o sobie zapomnieć. Nieśpieszny rytm i mnogość opisów to także bardzo ważne cechy tej powieści. Autorka pięknym językiem prowadzi nas przez kolejne lata życia Sigrun, zaznajamiając nas z najważniejszymi wydarzeniami z jej życia. Warto zwrócić także uwagę z jaką subtelnością Cherezińska opisuje erotyczne sytuacje, nie gorsząc ani nie odchodząc od wcześniejszego rytmu powieści. Przyznam, że jest to chyba jedyna książka, w której te momenty naprawdę mi się podobały i całkowicie pasowały do całości opowiadanej historii. Książka, podobnie zresztą jak życie, ma momenty ciekawe i emocjonujące, ale także te całkiem przeciętne, uważam jednak, że to tylko dodaje jej autentyczności i pozwala na lepszy odbiór przez czytelników.

Książkę polecam wszystkim miłośnikom krajów skandynawskich, a zwłaszcza czasów dotyczących Norwegii przedchrześcijańskiej. „Saga Sigrun” to świetna książka, a niezdecydowanych niech nie zniechęci to, że należy do prozy polskiej. Gdy pierwszy raz o niej usłyszałam sama nie wierzyłam, że Polka może napisać tak obszerną, bogatą w szczegóły i realia tamtych czasów powieść, która może być naprawdę wartościowa. Na szczęście przeczytałam i nie mogę doczekać się kolejnego spotkania z bohaterami tego cyklu.

wtorek, 27 września 2011

"Niewinność zagubiona w deszczu" E. Mendoza

„Niewinność zagubiona w deszczu”, znana może być czytelnikom także pod tytułem „Rok potopu”. Początkowo opowiadanie miało być sztuką teatralną, więc łatwo zauważyć charakterystyczne cechy takie jak: oparcie akcji na dialogach, niewielką ilość bohaterów i prawie jednolitą scenografię. Mimo niewielkiego, jakby się wydawać, pola manewru, autor opowiada barwną historię dwójki bohaterów, których uczucie powszechnie oceniane jest jako „grzeszne” i wstydliwe. Całość obrazu dopełnia zdjęcie zakonnicy na okładce, w barwach szarości i fioletu oraz elementów zieleni, które tworzą bardzo ciekawą oprawę. Warto zwrócić także uwagę na zmianę tytułu, obecnie znacznie bardziej pasującego do opowiadania niż jego poprzednik. „Niewinność zagubiona w deszczu” ma w sobie coś z poezji, a jednocześnie czytelnik bardzo szybko zauważy, że tytuł można odebrać bardzo dosłownie.

Historia zaczyna się niewinnie, siostra Consuelo szukając pieniędzy na sfinansowanie przytułku dla starszych osób, postanawia spotkać się z bogaczem, don Augustem, mieszkającym niedaleko klasztoru. Wtedy jeszcze nie wie, że spotkanie w starej rezydencji na zawsze odmieni jej życie, a mężczyzna okaże się nie tylko pomocnikiem w sprawach służbowych, ale krótko mówiąc diabłem uwodzącym młode zakonnice. Choć początkowo spotkania tej dwójki mają charakter jedynie zawodowy, to szybko stają się bliższe i bardziej intymne.

Autor skupia się na ukazaniu zakazanej miłości i walki człowieka z samym sobą, o znalezienie w sobie choć odrobiny nieczystego sumienia, jednocześnie między wierszami wyśmiewając się z ludzkiej naiwności, braku rozsądku i zbyt łatwego ulegania pragnieniom. Oprócz klasycznego przykładu „grzesznego” związku, mamy także elementy sensacji i melodramatu, które dodatkowo ubarwiają tą historię.

Jedyną rzeczą, do której nie mogłam się przyzwyczaić, był brak wyraźnego oddzielenia dialogów od tekstu pobocznego. Nie bardzo potrafię odnaleźć się w takim nagromadzeniu wyrazów, gdzie nie wiadomo, co jest jeszcze wypowiedzią, a co już opisem sytuacji. Stosowanie takiego zabiegu w opowiadaniach, które składają się głównie z dialogów, jest przynajmniej dla mnie męczące.

Jestem zachwycona kolejnym spotkaniem z Mendozą, ale muszę szybko ostudzić zapał tych, którzy czytając tą książkę spotkają się z nim po raz pierwszy. Eduardo Mendoza nie jest autorem, którego twórczość może spodobać się każdemu, dlatego moja recenzja nie powinna być podstawą dla kogoś, kto będzie rozważał zakup tej książki. Podsumowując, „Niewinność zagubiona w deszczu” to świetne opowiadanie, do przeczytania którego fanów autora zachęcać nie muszę.
Related Posts with Thumbnails