
„Kudłata” Doroty Berg promowana jest jako książka antydepresyjna. I jeśli tak teraz na nią spojrzę to faktycznie taka jest. Choć w trakcie lektury i łzy mi w pewnym momencie popłynęły. Fajny i ciekawy debiut. Ot, dobra lektura na zimowe wieczory.
Tytułową kudłatą jest Wiktora Turska, rozwódka z dwojgiem dzieci. Po rozstaniu z mężem szuka pracy, by jakoś związać koniec z końcem. Na szczęście ma swoje baby-jagi: Edytę, Gośkę, Agę i Patrynię, które pomogą jej w każdej sytuacji, a co piątek w strumieniach wina oczekują spowiedzi z całego tygodnia. Kudłata, jako Matka Polka stara się, żeby to dzieciom było najlepiej, a o swoim szczęściu nie chce myśleć, bo po co dzieci mają się nią z kimś dzielić. Odrzuca facetów stylem bycia, od razu pokazuje, że nie w głowie jej randki i romanse. Każdy chce ją zeswatać na siłę, a jakikolwiek uśmiech mężczyzny, jej matka przyjmuje jako obietnicę małżeństwa dla córki. Niestety, przejścia z byłym mężem na długo i bardzo skutecznie wyleczyły Wiktorię z marzeń o królewiczu na białym koniu. W jej poukładanym życiu, nie ma czasu na podjęte spontanicznie decyzje. Przynajmniej tak to widzi ona sama. Dlaczego, więc na propozycję kolegów z pracy w sprawie weekendu na Mazurach nagle się zgadza? Przecież taki wypad całkiem do niej nie pasuje. A może tylko ona na siłę chce ukryć swoje prawdziwe ja za maską, którą zakłada do pracy?
Świetna książka dla kobiet, pełna codzienności, problemów jakie dotyczą każdej z nas. O przyjaźni, strachu przed miłością, rozstaniem, śmiercią. O tym, co tak naprawdę jest w życiu ważne i na co powinno się zwracać uwagę. Powieść w kolorach tęczy, nie tylko czarno-biała, bo przecież życie jest kolorowe.
Muszę przyznać, że początkowo nie mogłam przyzwyczaić się do stylu, w jakim pisze pani Berg. Wydawał mi się zbyt prosty, wzięty z codziennej mowy. Po jakimś czasie jednak stwierdziłam, że każdy inny nie pasowałby do tej książki. Momentami miałam skojarzenia z Bridget Jones i „Lejdis”.
Wydaje mi się, że warto przeczytać. Ja po jej skończeniu poczułam jakąś radość.
4,5/6
PS. A TU Dorota Berg opowiada o swojej książce.
Książkę do recenzji otrzymałam od wydawnictwa Prószyński.
Czytam i niedługo skończę i niektóre teksty doprowadzają mnie do szaleństwa w tym pozytywnym wydaniu :) Płakać jeszcze nie płakałam, ale połowa przynajmniej przede mną :)
OdpowiedzUsuńTeż mam na nią ochotę :o)
OdpowiedzUsuńja też się zdrowo uśmiałam :) tylko zakończenie mi się nie podobało... takie jakieś przesłodzone :)
OdpowiedzUsuńTeż straszliwie chcę przeczytać. Jak na razie próbuję się przeprosić z "Kochankiem malutkim" Aurelii Es, ale bezskutecznie, bo język w jakim jest napisana ta powieść jest nie tyle prosty, co... grafomański.
OdpowiedzUsuńMusze ją chyba przeczytać :)
OdpowiedzUsuńCzy ty czytasz kiepskie książki?! :D Tzn masz okazję, bo ciągle wyławiasz dobre ;p
OdpowiedzUsuńJa też miałam skojarzenia z "Lejdis" właśnie! :D
OdpowiedzUsuńKoniecznie chce to przeczytać. Po twojej recenzji troche mi się to z "Nigdy z życiu kojarzy". Bardziej niż z "Lejdis". Ale jak przeczytam (a zrobię to na pewno) to wtedy będę oceniać ;)
OdpowiedzUsuń@Madeleine - bo widzisz, ja "Nigdy w życiu!" ani nie czytałam ani nie oglądałam ;)
OdpowiedzUsuńJeżeli przejdzie przez moje ręce przeczytam ;P
OdpowiedzUsuńNie lubię polskich książek o polskich kobietach, więc pozycja raczej nie dla mnie ;)
OdpowiedzUsuń