Wydawnictwo: Muza
Język oryginału: islandzki
Tłumaczenie: Małgorzata Bochwic-Ivanovska
Ilość stron: 336
Rok wydania: 2013
![]() |
| źródło |
Wydawnictwo: Muza
Język oryginału: islandzki
Tłumaczenie: Małgorzata Bochwic-Ivanovska
Ilość stron: 336
Rok wydania: 2013
![]() |
| źródło |
Wydawnictwo: Muza
Język oryginału: islandzki
Tłumaczenie: Jacek Godek
Rok wydania: 2012
Ilość stron: 320
Wydawnictwo: Muza
Język oryginału: hiszpański
Tłumaczenie: Carlos Casas Marrodan, Katarzyna Okrasko
Rok wydania: 2012
Ilość stron: 416

Wydawnictwo: Muza S.AJęzyk oryginału: japońskiTłumaczenie: Anna Zielińska-ElliottRok wydania: 2011Ilość stron: 512
„Spadkobierczyni z Barcelony” to autobiograficzna
opowieść Pabla Vilara, spisana przez niego, lecz pozostawiona wśród innych
papierów, przechowywanych przez rodzinę po jego śmierci. Wspomnienia odnalazł
jego wnuk, Sergio Vila-Sanjuán, postanawiając opublikować je, po wcześniejszych
zabiegach stylistycznych, głównie w zakresie języka czy charakteryzacji bohaterów
i uporządkowaniu wspomnień. Dziwi tym samym brak nazwiska Vilara na okładce,
gdyż zabiegi te, nie mogły wpłynąć w bardzo dużym stopniu na całość przedstawionej
w powieści historii. 
Gdy tylko dostałam najnowszą książkę Carlosa Ruiza Zafóna, która ukazała się właśnie dzisiaj na naszym rynku, od razu zabrałam się za czytanie. Po raz kolejny magia okładki owładnęła moim umysłem i sprawiłam, że bardzo szybko odnalazłam się w wyczarowanym przez autora świecie. „Światła września” to kolejna po „Księciu mgły” i „Pałacu północy” książka skierowana do młodszego czytelnika, a tym samym ostatnia, której jeszcze u nas nie wydano. Niestety, jako wielka fanka Zafóna, jestem niepocieszona brakiem informacji o jego nowych książkach, na które widocznie trzeba będzie jeszcze kilka lat poczekać.
W Belgii poznałam przede wszystkim region Flamandzki i miasteczka położone w promieniu 15-20 kilometrów od Antwerpii. O konflikcie między Flandrią i Walonią dowiedziałam się podczas pierwszej podróży do tego kraju kilka lat temu, od znajomego Belga, z którym zwiedzaliśmy Antwerpię. Sam kraj zrobił na mnie spore wrażenie, przede wszystkim ogrom zieleni, ilość pół i hodowli blisko miast, a także architektura budynków przy głównych ulica, w której przeważają małe cegiełki, dające wrażenie uporządkowania i harmonii. Belgia wydawała mi się trochę surrealistyczna, chociaż przed przeczytaniem „Belgijskiej melancholii” nie wiedziałam, że aż tak; już zawsze będzie kojarzyć mi się z frytkami, piwem i czekoladą, oraz, co może niektórych zdziwić, gruszkami. Z przyjemnością wybrałam się w kolejną podróż do tego małego kraju, tym razem ze świetnym przewodnikiem, Markiem Orzechowskim.
RECENZJA BIERZE UDZIAŁ W KONKURSIE ZORGANIZOWANYM PRZEZ SERWIS ZBRODNIA W BIBLIOTECE.
„Zawierucha” to niełatwa powieść z racji tematyki, której podjęła się autorka. Simonetta Horby, znająca z doświadczenia sprawy nieletnich jako adwokat, odkrywa przed nami szereg sytuacji, jakie mogą wydarzyć się podczas postępowań prawnych dotyczących molestowania seksualnego dzieci. Jest wręcz niewyobrażalne, jak łatwo oskarżyć ojca o wykorzystywanie córki, mając za dowód jedynie jej rysunki. Kojarzy mi się to z głośną swego czasu sprawą dopatrywania się w bajkach dla dzieci podtekstów seksualnych, których mali odbiorcy w żaden sposób nie są w stanie tak odebrać. Przeraża mnie, czego potrafią doszukiwać się dorośli, i co tak naprawdę siedzi w ich głowach, skoro widzą tylko wypaczenie i niemoralny przekaz w bajkach, na których sami się wychowali.
Książka wciąga bardzo mocno, od początku nie pozwala pozostać obojętnym na wydarzenia, które przedstawia autorka. Simonetta Horby w bardzo wnikliwy sposób ukazuje nam życie napiętnowanego ojca, która jest oskarżony o ciężki przewinienie. W powieści warto zwrócić uwagę na świetną charakterystykę psychologiczną bohaterów, którzy są na życiowym zakręcie. Z drugiej strony dziwi mnie fakt, że o całej sprawie nie dowiedziały się gazety i telewizja. W nadzwyczajny sposób rodzinie udało się wieść, przynajmniej teoretycznie „normalne” życie, nie narażając dzieci na stres i chore zainteresowanie innych ludzi.
Książka jest warta uwagi także ze względu na tematykę, której dotyczy. W obecnych czasach bardzo łatwo jest kogoś oskarżyć prawie o każdy czyn, i jak widać bardzo ciężko jest udowodnić, że jest się niewinnym. Autorka zwraca także uwagę na niekompetencje wielu urzędników, a nawet znanych doktorów, którzy nie starają się zgłębić problemu, z łatwością oceniając i wypaczając rzeczywistość. W tej historii można także zauważyć, jak duży jest problem molestowania seksualnego nieletnich i jak wielu osób na świecie ta sytuacja dotyka. Problem z dzieciństwa, często przeradza się okropną sytuację w przeszłość, jednak warto zauważyć, że nie każdy krzywdzony, jest w stanie krzywdzić innych.

„Pałac Północy” to trzecia książka w dorobku Zafóna skierowana do młodzieży. Jednak podobnie jak przy „Księciu Mgły”, lektura z pewnością zadowoli także starszych czytelników. Po raz kolejny otrzymujemy powieść z niesamowitą akcją, pełną tajemnic i magii historią oraz narracją, tak wciągającą, że książki nie chce odłożyć się nawet na chwilę. Żałuję, że tych książek Zafóna nie wydawano, gdy ja mogłam spokojnie zaliczyć siebie do młodzieży, choć także i teraz bawiłam się świetnie wchodząc na jakiś czas w świat, stworzony przez niego.


Lektura „1Q84” to moje pierwsze spotkanie z prozą Haruki Murakamiego. Wiem o nim właściwie niewiele, oprócz tego, że ma liczne grono fanów wśród blogerów i był jednym z faworytów do Literackiej Nagrody Nobla w 2010 roku. Na tym moja wiedza niestety się kończy, więc postanowiłam nieco ją pogłębić czytając jego najnowszą powieść. Książka odleżała swoje na półce, ponieważ zewsząd dochodziły mnie słuchy, że po pierwszym tomie najlepiej mieć przy sobie kolejny. Podświadomie chciałam, choć trochę zbliżyć się do premiery następnej części, która już niedługo, bo 26 stycznia.
Murakami jednocześnie opowiada dwie historie, które pewnego dnia, co autor delikatnie zaznacza, prawdopodobnie połączą się i dalej będą trwać jako całość. Na przemian do głosu dochodzą dwie postacie, kobieta i mężczyzna. Ona nazywa się Aomame, jest instruktorką sztuk walki, a w wolnych chwilach wysyła na drugą stronę mężczyzn zagrażających kobietom. Będąc dzieckiem wyprowadziła się od rodziców narzucających jej styl życia i wiarę. Gdy chce odreagować oddaje się przypadkowo poznanym mężczyznom, jednak muszą być od niej starsi i łysiejący. Nie potrafi i właściwie nie chce zbudować związku z mężczyzną na stałe, bo cały czas kocha chłopca, który w dzieciństwie staną w jej obronie. On nazywa się Tengo, jest nauczycielem matematyki, po godzinach próbuje swoich sił w świecie literatury, pisząc powieść. Jest samotny, nie chce wiązać się z nikim na stałe, bo to musiało by go nauczyć odpowiedzialności i zbyt zmieniłoby jego codzienne przyzwyczajenia. Jedyne na co sobie pozwala, to co tygodniowe spotkania z o dziesięć lat starszą kochanką. Oboje, Aomame i Tengo znali się w dzieciństwie i wciąż o sobie pamiętają. Co się stanie, gdy ich drogi znów się skrzyżują?
„Jak się robi coś takiego, to potem sceny życia codziennego, jakby to powiedzieć, mogą zacząć wyglądać troszeczkę inaczej. Więc proszę się nie dać zwieść pozorom. Rzeczywistość jest zawsze tylko jedna.” (s. 171)
W wątku opowiadanym przez Tengo, pojawia się trzecia ważna postać w tej książce. Fukaeri, to śliczna siedemnastolatka, która jest autorką powieści „Powietrzna poczwarka”, wysłanej na konkurs debiutów. Tengo ma za zadanie poprawić tekst, bo choć jego przesłanie i sama opowieść jest dobra, to można jej zarzucić wszystko od strony stylistycznej. W ten właśnie sposób zaczyna się jego znajomość z Fukaeri, która okazuje się dyslektyczką, więc jej przyszłość jako pisarki jest nader wątpliwa. Autor idealnie wykreował jej postać, pełnej tajemnicy, mówiącej bez znaków przestankowych, uciekającej od rodziców dziewczynki, która wierzy w każde słowo ze swojej opowieści.
Jestem zafascynowana postaciami i opowieściami wykreowanymi przez Murakamiego. Obie pierwsze sceny, w opowiadaniach Aomame i Tengo odznaczają się wspaniałym opisem i tajemniczością. Wciągają czytelnika w świat, w którym zacierają się granice między rzeczywistością a wyobraźnią. Autor pisze naprawdę pięknym językiem, z przyjemnością się czyta tak napisaną powieść. Zachwyca mnie jego talent do tworzenia jakby naturalnego przejścia między opowieścią kobiety i mężczyzny, światem rzeczywistym i równoległym do niego, istniejącym tylko na kartach powieści. Nie mam oczywiście porównania z poprzednimi książkami tego autora, jednak po lekturze „1Q84” jestem gotowa poznać wszystkie jego tytuły i przekonać się czy są tak samo dobre, a możne nawet i lepsze.
Na koniec chciałabym wyrazić małe niezadowolenie, że tak książek nie powinno się kończyć. Urywać i kazać czekać na kolejną część. Bo jak wytrzymać, gdy czytelnik jest już zafascynowany i wciągnięty w opowieść do granic możliwości? Ja już nie mogę się doczekać, choć do premiery pozostał tylko tydzień.
5,5/6
Książkę otrzymałam do recenzji od wydawnictwa Muza.
Jako temat prezentacji maturalnej z języka polskiego cztery lata temu, wybrałam temat dla wielu moich rówieśników dziwny i niełatwy. Brzmiał: „Obyczajowa i kulturowa rola stołu”. Wiele osób podśmiewało się z mojego wyboru dziwiąc się jak można pisać o stole. Dla mnie, choć temat faktycznie nie był łatwy, właściwie istniał tylko ten. Bo przecież wielu z nas wie, jak wielką rolę odgrywa rola stołu w naszym życiu. Wszystkie większe uroczystości odbywają się przy nim. Wyobrażacie sobie dom bez stołu? Bez możliwości zebrania całej rodziny w jednym miejscu i delektowania się rozmową i potrawami? Ja nie. Dlatego tak chętnie sięgnęłam po książkę „Tradycje polskiego stołu” Barbary Ogrodowskiej.
Autorka opowiada nam fascynującą historię polskiej kuchni, w tym przede wszystkim o produktach i najważniejszych potrawach, ale także o tradycjach i obyczajach kulinarnych. Mamy szansę poznać kuchnię różnych stanów oraz historie związane ze stołem, zawsze postrzeganym jako ważny element domu rodzinnego czy kojarzonym z nim poczuciem bezpieczeństwa. Autorka zwraca także uwagę na ważną wieź, jaka wytwarza się podczas wspólnego spożywania posiłków czy gotowania.
Czytelnicy poznają wiele przepisów charakterystycznych dla różnych stanów społecznych. Począwszy od warstw ubogich, przez bogatszą kuchnię mieszczaństwa, aż do wykwintnych potraw bogaczy. Będą to zarówno przykłady jadłospisów codziennych, jak i świątecznych. Autorka przybliża także tradycyjne potrawy danych regionów, szczególnie zwracając uwagę na specjały, z których znane są w całym kraju. Nie zabraknie dań przygotowywanych w czasach trudnych, gdy czas i historia nie rozpieszczały naszych przodków. Poznamy wtedy sposoby gospodyń, które mimo braku wielu produktów potrafiły stworzyć pożywienie dla rodziny. W tej publikacji znalazło się także miejsce dla niektórych produktów i potraw obcego pochodzenia, które na stałe zadomowiły się w naszym jadłospisie.
Autorka przy pisaniu książki korzystała z wielu różnych źródeł, głównie opracowań, książek kucharskich, ale także starych kalendarzy. We wszystkich przepisach i cytatach zachowała oryginalny język i pisownię. Dzięki temu całość nabiera jeszcze większej autentyczności i przyjemniej się ją czyta.
Książka podzielona jest na piętnaście pięknie zatytułowanych rozdziałów. Całość jest uzupełniona wieloma zdjęciami, ilustracjami, a także zeskanowanymi przepisami. Wydanie naprawdę robi wrażenie, książkę chce się cały czas przeglądać.
Bardzo się cieszę, że wychodzą takie pozycje. Nasze od dawna istniejące tradycje nie powinny zanikać nawet w czasach internetu i masowej kultury. Są to rzeczy, które naprawdę warto ocalić od zapomnienia.
Polecam wszystkim, choć przede wszystkim przyjemność w jej czytaniu odnajdą osoby ceniące tradycje i polską kuchnię. Ja wiem, że będę wracać do niej jeszcze wiele razy.
6/6
Książkę otrzymałam od wydawnictwa Muza.
PS. Przy okazji książki związanej z kuchnią zapraszam Was na mój nowo stworzony blog o kulinarnej tematyce. Dopiero zaczynam, więc nie spodziewajcie się zbyt wiele ;)

Vladimira Nobokova chyba każdy czytelnik kojarzy przede wszystkim z „Lolity”. Wobec jego książek chyba nie można być obojętnym, bo albo się je kocha, albo nienawidzi. Ja po lekturze jego najbardziej znanej książki miałam jednak mieszane uczucia. Nie trafiła do mnie, ale wiedziałam że muszę dać mu jeszcze jedną szansę i oto jestem po lekturze „Śmiechu w ciemności”.
Nabokova zaczyna książkę dość nietypowo, zdradzając nam całą historię w jednym zdaniu.
„Żył sobie raz w niemieckim mieście Berlinie mężczyzna imieniem Albinus, bogaty, szanowany, szczęśliwy; pewnego dnia porzucił żonę dla młodej kochanki; kochał, lecz nie był kochany; i życie jego zakończyło się katastrofą”. (s. 7)
Jednak już w następnym informuje, że najważniejsze są jednak szczegóły i ciągnie historię dalej.
„Ot i cała historia, moglibyśmy więc postawić kropkę, gdyby ze snucia opowieści nie płynęła korzyść i przyjemność; a choć na kamieniu nagrobnym bez trudu pomieści się skrócona wersja ludzkiego życia w oprawie z mchu, szczegóły zawsze są mile widziane”. (s. 7)
Początek objawia się jako fragment filmu, bo czyż wielu reżyserów właśnie tak nie rozpoczyna swoich filmowych opowieści? Rzuca nam migawkę zakończenia, by od niego wyprowadzić całą historię z dbałością o szczegóły, które doprowadziły do takiego, a nie innego końca. Podobnie zrobił Nabokov, zainteresował nas, zaszczepił chęć poznania całej historii. Niektórym może się ona w tym momencie wydać banalna. Czytelnik odszukuje w myślach podobne historie i już wie jak się to potoczy. Jednak nic bardziej mylnego, bo zabawa dopiero się zaczyna.
Wydaje się, że Albinus ma wszystko czego może potrzebować człowiek w jego wieku. Jest bogaty, ma ustaloną pozycję społeczną, ludzie go szanują. Nie może też narzekać na rodzinne życie, ma kochającą żonę Elizabeth oraz córkę Irmę. W pewnym momencie jednak uznaje, że mimo miłości do żony, nie ma już między nimi tej namiętności, której potrzebuje. W tym właśnie momencie rozpoczyna się cała opowieść. Albinus poznaje młodą i głupiutką Margot, której wdzięk i uroda zachwyca go do tego stopnia, że porzuca dla niej swoją rodzinę i dotychczasowe życie. Choć nazywam Margot głupiutką, to jednak trzeba jej przyznać, że potrafiła rozkochać w sobie i wykorzystać dużo starszego od niej mężczyznę w taki sposób, by mieć z tego jak najwięcej korzyści. Albinus szczęśliwy z młodą kochanką, nie przewiduje jednak nadciągających wypadków. Na drodze jego szczęścia staje dawny kochanek Margot, który wraz nią knuje okropną intrygę, niszczącą jeszcze bardziej życie Albinusa. Tytuł książki w dalszym rozwoju sytuacji trzeba rozumieć dosłownie. Śmiech kochanków z oślepienia Albinusa jest jak najbardziej rzeczywisty. Najpierw jest to oślepienie miłością do Margot, a później dochodzi jeszcze ślepota fizyczna. Tą ostatnią „bliscy” głównego bohatera całkowicie wykorzystują, nie ukrywają się już ze swoją miłością, śmiejąc mu się w twarz. Wobec każdego z bohaterów książki czytelnik ma różne uczucia, które zmieniają się z każdym kolejnym epizodem. Jednego można być pewnym, wobec takich bohaterów nie można być w żaden sposób obojętnym.
Nabokov stworzył książkę idealną na scenariusz filmowy. Widać to w krótkich rozdziałach, licznych zmianach scenerii, plastycznym opisie tła i sytuacji. Powieści tej nie powinno się tylko czytać, ale traktować ją właśnie jak film, w którym treść odbieramy kilkoma zmysłami. Smaku dodaje język jakim posługuje się autor. Już od jakiegoś czasu nie czytało mi się żadnej książki, tak dobrze pod tym względem jak właśnie „Śmiechu w ciemności”.
Powieść Nabokova jest czytelniczą ucztą, wartą uwagi każdego czytelnika. Trzeba się nastawić na coś więcej niż śledzenie kolejnych wątków, by odkryć jej magię. Wydaje mi się także dobrą książką, na pierwsze spotkanie z prozą tego autora. Po „Lolicie”, której do końca dobrze nie odebrałam, teraz jestem zachwycona i już planuję lekturę kolejnych jego książek.



