Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyd. Muza. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyd. Muza. Pokaż wszystkie posty

piątek, 16 sierpnia 2013

"Statek śmierci" Y. Sigurdardóttir

Recenzja bierze udział w konkursie portalu Zbrodnia w Bibliotece.
Wydawnictwo: Muza
Język oryginału: islandzki
Tłumaczenie: Małgorzata Bochwic-Ivanovska
Ilość stron: 336
Rok wydania: 2013



„Statek śmierci” to najnowsza powieść pisarki Yrsy Sigurdardóttir, która od kilku lat z powodzeniem podbija serca polskich czytelników. Jej kryminały za każdym razem zaskakują, a nawet przyznam, że z czasem wydają mi się coraz lepsze. Tym razem islandzka autorka przedstawia historię ze statkiem widmo – motywem znanym, tym razem przedstawionym na nowo. Jeśli jesteście wrażliwi to radzę nie czytać po zmroku.

W nocy w porcie pojawia się kilka osób, prawdopodobnie czekających na zbliżający się jacht. Chłód i ciemność sprawiła, że jeden ze strażników chce jak najszybciej wrócić do swojej budki. Jego praca wymaga jednak, by podszedł do zbliżającego się statku i wszystkiego dopilnował. Ogromnie dziwi się, gdy jacht z dużą prędkością wpływa do portu i uderza w nabrzeże. Po huku następuje cisza, którą przerywa krzyk. Do oniemiałych osób dochodzi sens wykrzyczanego zdania: na jachcie nikogo nie ma.

źródło

piątek, 17 sierpnia 2012

"Pamiętam cię" Y. Sigurdardóttir


Wydawnictwo: Muza
Język oryginału: islandzki
Tłumaczenie: Jacek Godek
Rok wydania: 2012
Ilość stron: 320



Książki Yrsy pokochałam już jakiś czas temu. Tym razem autorka powróciła nie z kryminałem, ale horrorem – do tego według niektórych czytelników – naprawdę mocnym. Horrorów raczej się nie boję, wytwarzają we mnie dawkę zdrowego strachu, a te szczególnie dobre pozostają w mojej pamięci na długo. W tym gatunku cenię klimat i wykonanie, bo teraz sztuką jest zrobić jeszcze dość dobrego – z racji tego, że horror ma długą historię i niejedno już wymyślono. Tym ciężej jest oddać cechy horroru słowami, za pomocą chwytów literackich, tutaj autor nie ma efektów specjalnych i duchów wyskakujących zza rogu. Yrsa świetnie odnalazła się w tym klimacie, i choć nie jest to książka doskonała, bo niełatwo mnie już zaskoczyć, to czułam go, a nawet trochę się bałam. Brawo!

W „Pamiętam cię” mamy dwie historie, które toczą się równolegle. Pierwsza z nich dotyczy trójki przyjaciół, którzy wyjeżdżają do odludnej osady w celu wyremontowania starego domu. Marzą o pensjonacie i spłaceniu pozaciąganych długów. Jednak już od chwili, gdy postawili stopy na nabrzeżu, czują, że coś jest nie tak, chociaż doskonale wiedzą, że nikt w tej osadzie już od wielu lat nie mieszka o tej porze roku. Druga historia rozpoczyna się od włamania do przedszkola, w którym wandal wypisał na ścianach niezrozumiałe napisy. Sprawą zajmuje się policja, dodatkowo został wezwany także psychiatra, który miał za zadanie pomóc w stworzeniu portretu psychologicznego sprawcy. Nieoczekiwanie obie sprawy bardzo zbliżają się do siebie...

Pomysłów autorce z pewnością nie brakowało, powieść jest pełna tak niespodziewanych zwrotów akcji, że choćby dla nich warto ją przeczytać. Sugestywne i szczegółowe opisy sprawiają, że ma się wrażenie uczestniczenia we wszystkich wydarzeniach. Nie raz skrzypiąca podłoga zdaje się być słyszana, gdzieś w naszym domu, podobnie jest z gnijącym zapachem, który prawie wyczuwałam czytając książkę. Także przerywanie akcji w najlepszych momentach przyprawia czytelnika o szybsze bicie serca, a niekiedy nawet o gęsią skórkę. 

Żeby nie było tak dobrze, muszę wspomnieć o języku, który bardzo mnie denerwował. Nie wiem czy to wina tłumaczenia, czy autorka sama używała takich wyrażeń, ale słowa takie jak: „gostek”, „dżizas”, „zajefajnie”, „popaprane” i wiele podobnych wydawało mi się zupełnie nie na miejscu. Przecież to nie jest powieść o grupce nastolatków tylko książka, w której bohaterami są dorośli ludzie! Poza tym takie wyrażenia są jeszcze dopuszczalne w mowie potocznej, ale raczej nie w książce. A może po prostu jestem jakaś przestarzała. 

Niemniej książka broni się naprawdę dobrą akcją, ciekawymi wątkami, stopniowaniem napięcia i zaskakującym zakończeniem. Nawet ja, mająca wiele horrorów za sobą doceniam ją i czuję się usatysfakcjonowana. Polecam.

piątek, 10 sierpnia 2012

"Więzień nieba" C. R. Zafon


Wydawnictwo: Muza
Język oryginału: hiszpański
Tłumaczenie: Carlos Casas Marrodan, Katarzyna Okrasko
Rok wydania: 2012
Ilość stron: 416


Nowy Zafon – przyspieszone tętno, nieopisana radość i wielkie oczekiwania. Jednak przyszło mi trochę poczekać na lekturę „Więźnia nieba”, przez co nadzieja na wspaniałą książkę urosła do rangi czegoś mitycznego. Kilka dni temu w końcu dostałam ją w swoje ręce i... nie ma fajerwerków. Przyznaję to ja: wierna i oddana fanka autora. Nowa powieść Zafona to raczej poszerzenie wydarzeń znanych nam z „Cienia wiatru” i „Gry Anioła”, w zadowalający sposób wyjaśniająca pewne sprawy i sytuacje, ale nie posiadająca "tego czegoś", co miały poprzednie powieści z cyklu. 

„Więzień nieba” dotyczy w głównej mierze Fermina Romero de Torresa, którego postać znamy z poprzednich książek Zafona. W tej powieści, na jakiś czas przed swoim ślubem, wyjawia on Danielowi prawdę o swojej przerażającej przeszłości. Razem z nim wyruszamy do Barcelony z czasów II Wojny Światowej i poznajemy okropne położenie więźniów z położonego na górze Montjuic więzienia. W tym samym czasie do drzwi księgarni rodziny Sempere puka odrażający mężczyzna poszukujący Fermina. Przeszłość zaczęła dopominać się o swoje.

"Kiedy Martin zeznał podczas procesu, że jedyny przyzwoity obyczaj, którego należy bronić stanowczo, to obyczaj czytania, podczas gdy reszta jest kwestią sumienia każdego z osobna, sędzia doliczył kolejne dziesięć lat do już nie wiem ilu wcześniej zasądzonych." - s. 133

Czegoś mi zabrakło. Może tych emocji, tej niepewności, strachu, które były w znacznym stopniu udziałem poprzednich powieści o Cmentarzu Zapomnianych Książek. Cieszę się, że autor wyjaśnił przeszłość Fermina, a nawet rzucił światło na losy matki Daniela. Przez książkę przechodzi się bardzo lekko, podobnie jak w przypadku pozostałych jego książek. Mocną stroną wciąż jest dawna Barcelona, wraz z jej różnicami społecznymi, niełatwą sytuacją polityczną i ciągłą niepewnością losu jej mieszkańców. Nie, nie żałuję oczywiście, że ją przeczytałam, choć jestem trochę zawiedziona, po prostu moje oczekiwania chyba za bardzo się rozrosły. Niemniej cieszę się, że zakończenie pozwala na rozbudowanie tej historii, a co za tym idzie na kolejną książkę Zafona. Wierzę, że w następnej znów wróci do swojej świetnej formy.

piątek, 10 lutego 2012

"1Q84" (tom 3.) H. Murakami


Wydawnictwo: Muza S.A
Język oryginału: japoński
Tłumaczenie: Anna Zielińska-Elliott
Rok wydania: 2011
Ilość stron: 512


Dwa pierwsze tomy trylogii „1Q84” Murakamiego bardzo mi się podobały, dlatego tym trudniej jest mi pogodzić się z moimi odczuciami po przeczytaniu ostatniej, trzeciej części. Nie czytałam recenzji innych osób, ale podejrzewam, że są pozytywne, a jedynie ja nie odczułam przyjemności w czytaniu tej książki. Miałam wrażenie, że ostatnia część była na siłę przedłużana, większość momentów autor pokazywał z trzech różnych perspektyw, dając nam pełniejszy, choć często uzupełniony o niepotrzebne elementy obraz sytuacji. Historię z trzeciego tomu można by było zmieścić w połowie obecnej objętości książki.

Jeżeli chodzi o treść to autor w dalszym ciągu rozwija rozpoczęty wcześniej wątek Tengo i Aomame oraz historię Eriko Fukady, Little People i sekty Sakigake. Nie będę przybliżać tu różnych faktów, by nie psuć przyjemności z czytania osobom dopiero zaczynającym przygodę z tą trylogią.

Trzeci tom nie odbiega od poprzednich stylistycznie czy językowo, pod tym względem nie można niczego zarzucić Murakamiemu czy tłumaczce. Minusem jest jednak brak napięcia, bardzo wolno rozgrywająca się akcja oraz niewiarygodna łatwość głównych bohaterów w radzeniu sobie z przeciwnikami. Jedynymi momentami, w których coś jakby się „ruszyło”, były wizyty tajemniczego mężczyzny podającego się za inkasenta NHK. Naprawdę spodziewałam się po tym tomie najwięcej, a okazało się, że jest najsłabszym ze wszystkich trzech.

Przyznaję otwarcie, że bardzo się nudziłam czytając tą książkę, a jej lektura trwała rekordowe trzy tygodnie. Nie chcę jednak nikogo od niej zniechęcać, może ja po prostu jej nie zrozumiałam, albo trafiła na zły okres w moim życiu. Naprawdę nie wiem. Mimo wszystko uważam, że każdy powinien ją przeczytać, chociażby po to, by mieć pełny obraz sytuacji i poznać zakończenie tej miłosnej historii.

czwartek, 22 grudnia 2011

"Spadkobierczyni z Barcelony" S. Vila-Sanjuán


„Spadkobierczyni z Barcelony” to autobiograficzna opowieść Pabla Vilara, spisana przez niego, lecz pozostawiona wśród innych papierów, przechowywanych przez rodzinę po jego śmierci. Wspomnienia odnalazł jego wnuk, Sergio Vila-Sanjuán, postanawiając opublikować je, po wcześniejszych zabiegach stylistycznych, głównie w zakresie języka czy charakteryzacji bohaterów i uporządkowaniu wspomnień. Dziwi tym samym brak nazwiska Vilara na okładce, gdyż zabiegi te, nie mogły wpłynąć w bardzo dużym stopniu na całość przedstawionej w powieści historii.

Wspomnienia opisane przez Pabla Vilara zabierają nas w podróż do Barcelony z lat 20. XX wieku. Jest to czas niepewny, ale zarazem fascynujący, pełny małych społecznych i politycznych walk, mających wkrótce przerodzić się w krwawą wojnę domową. Po przeciwnych stronach stoją anarchiści i burżuazja hiszpańska, starcia toczą między sobą także poszczególne frakcje polityczne. W mieście w tym samym czasie odbywają się bale i duże przyjęcia, a osoby wyrzucone poza nawias społeczeństwa próbują przeżyć w grotach barcelońskiej góry. W tym wszystkim próbuje odnaleźć się prawnik, Pablo Vilar, który mimo braku arystokratycznej rodziny, obraca się wśród możnych tego miasta. Z jednej strony przyjaźni się z ludźmi należącymi do barcelońskiego towarzystwa, a z drugiej za darmo pomaga osobom z nizin społecznych. Narastające konflikty w krótkim czasie zaczną dosięgać także „nietykalnych”, a widmo wielkiej burzy stanie się problemem wszystkich mieszkańców Barcelony.

Pablo Vilar przedstawia siebie jako katolika i monarchistę, o konserwatywnych poglądach, których nie kryje przed nikim i chętnie prezentuje je w swoich artykułach pisanych do barcelońskich dzienników. Dużo czasu spędza także w kancelarii i w sądzie, broniąc swoich klientów i dbając o ich dobro. Dzięki temu poznajemy szereg spraw sądowych, które według jego wnuka są przytoczone autentycznie. Podobnie sprawa ma się z wieloma bohaterami powieści, który żyli w tym czasie w Barcelonie, mimo, że Vilar chciał jakby zmylić odbiorców tekstu i zmienił ich imiona.

„Spadkobierczyni z Barcelony” jest książką dziwną, nie dającą się jednoznacznie wpisać w określony gatunek literacki, ponieważ zawiera elementy dziennika, biografii, kroniki dziennikarskiej czy powieści kryminalnej. Trudność złożenia zapisków Pabla Vilara w powieść widać w wielu jej elementach, można to także odczuć mocno podczas lektury książki. Odczuwa się niespójność, brak ciągłości faktograficznej i gatunkowej, powieść wiele razy urywa i zaczyna zupełnie od innych wydarzeń. Niestety fani Zafona mogą czuć się trochę oszukani, gdyż czytając jego rekomendację z okładki „Spadkobierczyni…”, mogli spodziewali się zupełnie innej powieści.

Mimo widocznych braków, Pablo Vilar stworzył świetny obraz Barcelony z początku ubiegłego wieku. Czytelnik ma ochotę zatopić się w tym pełnym sprzeczności i walk o władzę mieście. Jest to książka przede wszystkim dla osób zafascynowanych Katalonią i Hiszpanią. Taka mała lekcja historii od naocznego świadka rozgrywających się tam prawie sto lat temu wydarzeń. Przyjemność z czytania mogą mieć także osoby związane z prawem i dziennikarstwem, gdyż terminologii i ciekawych opisów z obu dziedzin nie brakuje.

Mam nadzieje, że moda na „barcelońskie powieści” nie stanie się krzywdząca dla czytelników, a kolejnymi autorami nie będzie kierować korzyść finansowa, lecz w głównej mierze przyjemność z pisania i stworzenia dobrej historii. 

sobota, 26 listopada 2011

"Jutrzejsza miłość" S. Abbott

„Jutrzejsza miłość” trochę mnie zaskoczyła, choć trudno mi przyznać czy pozytywnie. Nie jestem fanką książek o miłości, nawet tych nietypowych, a okładka w jesiennych kolorach, z dodatkiem szarości, zapowiadała mi właśnie ten typ literatury.

Bohaterowie książki Shirley Abbott to grupa osób, związanych ze sobą więzami rodzinnymi lub uczuciowymi, na stałe mieszkająca w Nowym Jorku. Poznajemy Marka i Maggie, małżeństwo przeżywające kryzys, a także jego kochankę, która jest jednocześnie przedszkolanką ich córki. Kolejną bohaterką, jest Antonia, matka Maggie, żyjąca w związku z Samem, który nie chce rozwieźć się ze swoją żoną Edith. Antonia przyjaźni się z parą homoseksualistów, Gregiem i Artym, którzy tworzą naprawdę zagrany i dobry związek. Dodatkowo, wnuczka Sama, Alison, postanawia wyprawić z Candance prawdziwe przyjęcie ślubne, a panny młode mają wystąpić w białych długich sukniach. Ich plany skutecznie dzielą rodzinę.

Mnogość wątków i bohaterów tylko pozornie wydaje się taka zagmatwana, czytając coraz łatwiej odnajdujemy się w nowojorskiej rzeczywistości, dla której centralnym momentem, choć zabieg autorki tworzy z niego tylko fragment historii, jest atak na WTC w 2001 roku. Tematem przewodnim jest oczywiście miłość, w większości przypadków nieszczęśliwa. Każdy z bohaterów ma własne problemy, które przyznam szczerze, wydają mi się w obecnych czasach dość zwyczajne. Autorka starała się nagromadzić wiele spraw, by mieć czym zapełnić strony. Nie umniejszam tutaj jednak skali głębokiego kryzysu małżeńskiego, zachorowania przez jednego z bohaterów na raka czy walki o tolerancje i akceptację pary lesbijek. Po prostu w książce nie odczuwa się emocji, które prawdopodobnie chciała nam przekazać Shirley Abbott. Przyznam, że męczyłam się z czytaniem „Jutrzejszej miłości”, a jedyny element napięcia, jakim był atak na WTC, tylko na chwilę zwiększył moje zainteresowanie książką.

Szkoda, że autorka nie skonstruowała swojej powieści trochę inaczej, bo czytając o ważnych i niekiedy ciężkich problemach, chciałabym „wynieść” coś z tej książki dla siebie, do swojego życia. Niestety, mimo pewnego potencjału i dobrego pomysłu, bardzo zawiodło gdzieś po drodze wykonanie. Nie będę jej dobrze wspominać, choć doczytałam do końca.

czwartek, 3 listopada 2011

"Światła września" C. R. Zafón

Gdy tylko dostałam najnowszą książkę Carlosa Ruiza Zafóna, która ukazała się właśnie dzisiaj na naszym rynku, od razu zabrałam się za czytanie. Po raz kolejny magia okładki owładnęła moim umysłem i sprawiłam, że bardzo szybko odnalazłam się w wyczarowanym przez autora świecie. „Światła września” to kolejna po „Księciu mgły” i „Pałacu północy” książka skierowana do młodszego czytelnika, a tym samym ostatnia, której jeszcze u nas nie wydano. Niestety, jako wielka fanka Zafóna, jestem niepocieszona brakiem informacji o jego nowych książkach, na które widocznie trzeba będzie jeszcze kilka lat poczekać.

Akcja powieści rozpoczyna się na wybrzeżu Francji, gdy wdowa z dwójką dzieci dostaje pracę w charakterze ochmistrzyni u tajemniczego wynalazcy i właściciela fabryki zabawek. Rodzina kobiety w ramach umowy z pracodawcą mogła zamieszkać w niewielkim białym domu na cyplu. Dobre warunki pracy, świetne wynagrodzenie i perspektywa rozpoczęcia nowego życia w małym miasteczku, wydawały się spełnieniem marzeń rodziny Sauvelle. Idylliczne życie bohaterów mąci dziwne morderstwo, które sprawia, że zaczynają wychodzić na wierzch ukryte od dawna tajemnice. Rezydencja, w której mieszka twórca zabawek, staje się mrocznym i niebezpiecznym miejscem, w którym różne mechanizmy nagle odżywają i śledzą każdy ruch bohaterów książki. Zapowiada się walka o życie, w której żadna ze stron nie ma zamiaru odpuścić.

Po raz kolejny Zafón wciągną mnie w bajeczny świat, pełen strasznych zabawek o świecących w ciemności oczach, sprawiając, że w każdym kącie dostrzegałam złowrogi Cień. I choć wiele osób stwierdzi, że to tylko kolejna powieść dla młodzieży, to ja będę upierać się, że taka dawka wyobraźni i niesamowitych zdarzeń potrzebna jest każdemu z nas. Żałuje, że „Świateł września” nie wydano, gdy ja miałam naście lat, bo wtedy oddziaływałaby na mnie jeszcze mocniej.

Wśród plusów przede wszystkim historia, której nie sposób się oprzeć, magiczne wybrzeże Francji wraz białymi plażami i turkusową wodą, a także bohaterowie, których można polubi od razu i żal się z nimi rozstawać. Autor przekazuje nam to wszystko pięknym językiem, sprawiając, że czytelnik wchłania powieść, nie patrząc na upływający czas. Dzięki tym zaletom książka będzie idealna jako lektura dla młodzieży, choć jak już wcześniej wspomniałam, nalegam, by sięgnęli po nią także starsi czytelnicy. Fani autora z pewnością się nie zawiodą.

Na koniec przytoczę słowa jednego z bohaterów, Lazarusa Janna, które z pewnością są bliskie wielu czytelnikom:

„Na szczęście nauczyłem się czytać. Ta umiejętność była dla mnie prawdziwym wybawieniem, od tej pory moimi przyjaciółmi stały się książki.”

piątek, 7 października 2011

"Belgijska melancholia" M. Orzechowski

W Belgii poznałam przede wszystkim region Flamandzki i miasteczka położone w promieniu 15-20 kilometrów od Antwerpii. O konflikcie między Flandrią i Walonią dowiedziałam się podczas pierwszej podróży do tego kraju kilka lat temu, od znajomego Belga, z którym zwiedzaliśmy Antwerpię. Sam kraj zrobił na mnie spore wrażenie, przede wszystkim ogrom zieleni, ilość pół i hodowli blisko miast, a także architektura budynków przy głównych ulica, w której przeważają małe cegiełki, dające wrażenie uporządkowania i harmonii. Belgia wydawała mi się trochę surrealistyczna, chociaż przed przeczytaniem „Belgijskiej melancholii” nie wiedziałam, że aż tak; już zawsze będzie kojarzyć mi się z frytkami, piwem i czekoladą, oraz, co może niektórych zdziwić, gruszkami. Z przyjemnością wybrałam się w kolejną podróż do tego małego kraju, tym razem ze świetnym przewodnikiem, Markiem Orzechowskim.

O Belgii prawie każdy mieszkaniec Europy wie właściwie niewiele, poza tym, że jej stolica jest siedzibą unijnych instytucji. Belgów nie kojarzy się za bardzo z pierwszych stron gazet, nie czyta się o nich w Internecie czy nie widuje podczas wycieczek w innych europejskich miastach. To wszystko dlatego, że Belgowie, a może raczej Flamandowie i Walonii, nie chcą rzucać się w oczy, wolą spokojną egzystencję, daleką od skandali. Charakteryzują się skrytością, brakiem spoufalania się z nowopoznanymi ludźmi, a przede wszystkim bronieniem dostępu do swojej prywatności. Rozmowa z mieszkańcami tego kraju jest sztuką, którą nie każdy potrafi opanować, wydaje się jednak, że czas poświęcony na zdobycie przyjaźni Belga, jest tego warty.

„Belgijska melancholia” to historia małego kraju, jego zawirowań politycznych i społecznych. Marek Orzechowski opowiada o trójjęzyczności Belgii, która po dziś dzień jest problemem w wielu urzędach, podziale kraju, w którym nikt nie czuje się Belgiem, a brak zaufania wobec rządu i polityków widać podczas każdych wyborów. Belgia przedstawiona przez korespondenta TVP to także wspaniała kuchnia, która jest właściwie rytuałem, wiele rodzajów frytek, po które do stolicy przyjeżdżały największe sławy, słynne pralinki i czekolady, a także piękne koronki, które co bogatszy turysta, na pewno przywiezie z belgijskich wojaży. Autor zwraca także uwagę na codzienność belgijskiego narodu, edukację, leczenie, religię, a także możliwości rozwoju i pracy. Belgia zachwyca architekturą, pięknym wybrzeżem, a także możliwościami, które skrywa w swych małych granicach.

Chociaż „Belgijska melancholia” to ciekawy reportaż, ilość historii i zawirowań politycznych może, co mniej zainteresowanych zanudzić i odrzucić. Jednak pozostałych, znających Belgię i chcących poznać ją lepiej, polecam przeczytanie reportażu Marka Orzechowskiego. Mi wyjaśnił wiele rzeczy, m.in. zagadkę „pustego” sierpnia w Belgii, małomówność i skrytość Flamandów, a także kwestię pozamykanych w ciągu tygodnia kościołów. Szkoda tylko, że opowieść dziennikarza, przypomina bardziej bajanie, które nie ma konkretnego początku, ani końca, a poszczególne wątki mieszają się ze sobą i sprawiają niekiedy wrażenie lekko niejasnych lub nie do końca wyczerpanych.

poniedziałek, 22 sierpnia 2011

"Zawierucha" S. A. Hornby

RECENZJA BIERZE UDZIAŁ W KONKURSIE ZORGANIZOWANYM PRZEZ SERWIS ZBRODNIA W BIBLIOTECE.

Jenny i Mike Pittowie są dobrze sytuowaną, angielską rodziną, która właśnie wykańcza nowy dom. Wydają się być zgodnym małżeństwem, kochającym swoje córki, czteroletnią Lucy i siedmioletnią Amy. Niestety pani Pitt niechętnie angażuje się w spotkania integracyjne, które organizowane są w przedszkolu Lucy, co sprawia, że nauczycielka zaczyna interesować się ich rodziną. Jest to pretekst do ataku przedszkolanki na rodzinę Pittów, który doprowadza do przerażającej i okropnej sytuacji. Na podstawie rysunków Lucy, jej wychowawczyni uznaje, że mała dziewczyna może być molestowana seksualnie przez swojego ojca. Całą sprawę zgłasza dyrekcji szkoły, która bardzo szybko chce interweniować w tej sprawie. Akcja w tym miejscu rozwija się bardzo szybko, Pittowie wynajmują adwokata, podejrzenia nauczycielki potwierdza zaś dziecięcy psycholog, dodatkowo do akcji wkracza opieka społeczna i wielu kuratorów. W krótkim czasie ustabilizowany i spokojny świat tej rodziny staje na głowie, a my poznajemy z bliska postępowanie wszelkich organów i instytucji, które przystępują do działania w takich sprawach.

„Zawierucha” to niełatwa powieść z racji tematyki, której podjęła się autorka. Simonetta Horby, znająca z doświadczenia sprawy nieletnich jako adwokat, odkrywa przed nami szereg sytuacji, jakie mogą wydarzyć się podczas postępowań prawnych dotyczących molestowania seksualnego dzieci. Jest wręcz niewyobrażalne, jak łatwo oskarżyć ojca o wykorzystywanie córki, mając za dowód jedynie jej rysunki. Kojarzy mi się to z głośną swego czasu sprawą dopatrywania się w bajkach dla dzieci podtekstów seksualnych, których mali odbiorcy w żaden sposób nie są w stanie tak odebrać. Przeraża mnie, czego potrafią doszukiwać się dorośli, i co tak naprawdę siedzi w ich głowach, skoro widzą tylko wypaczenie i niemoralny przekaz w bajkach, na których sami się wychowali.

Książka wciąga bardzo mocno, od początku nie pozwala pozostać obojętnym na wydarzenia, które przedstawia autorka. Simonetta Horby w bardzo wnikliwy sposób ukazuje nam życie napiętnowanego ojca, która jest oskarżony o ciężki przewinienie. W powieści warto zwrócić uwagę na świetną charakterystykę psychologiczną bohaterów, którzy są na życiowym zakręcie. Z drugiej strony dziwi mnie fakt, że o całej sprawie nie dowiedziały się gazety i telewizja. W nadzwyczajny sposób rodzinie udało się wieść, przynajmniej teoretycznie „normalne” życie, nie narażając dzieci na stres i chore zainteresowanie innych ludzi.

Książka jest warta uwagi także ze względu na tematykę, której dotyczy. W obecnych czasach bardzo łatwo jest kogoś oskarżyć prawie o każdy czyn, i jak widać bardzo ciężko jest udowodnić, że jest się niewinnym. Autorka zwraca także uwagę na niekompetencje wielu urzędników, a nawet znanych doktorów, którzy nie starają się zgłębić problemu, z łatwością oceniając i wypaczając rzeczywistość. W tej historii można także zauważyć, jak duży jest problem molestowania seksualnego nieletnich i jak wielu osób na świecie ta sytuacja dotyka. Problem z dzieciństwa, często przeradza się okropną sytuację w przeszłość, jednak warto zauważyć, że nie każdy krzywdzony, jest w stanie krzywdzić innych.

czwartek, 4 sierpnia 2011

"Spójrz na mnie" Y. Sigurdardóttir


O książkach Yrsy Sigurdardóttir przeczytałam kiedyś na blogu Mary, i poczułam się tak zachęcona, że postanowiłam przeczytać wszystkie powieści autorki, które zostały u nas wydane. Rok temu po raz pierwszy zagłębiłam się w islandzki świat i wróciłam z tej literackiej podróży z nastawieniem na kolejną. Moje uwielbienie do skandynawskich krajów ma jak widać odbicie w lekturach, a przecież islandzka królowa kryminałów jest tylko jedna. „Spójrz na mnie” to piąty tom serii o prawniczce Thorze Gudmundsdottir, która ma już nie tylko w Polsce, ale i na świecie wielu czytelników.

Tym razem prawniczka podejmuje się sprawy Jakoba, młodego chłopaka, cierpiącego na zespół Downa, skazanego za podpalenie ośrodka dla osób upośledzonych i spowodowanie śmierci kilku osób. Wszystko jest o tyle dziwne, że o rewizje jego sprawy zabiega inny pensjonariusz ośrodka psychiatrycznego, podobno bardzo przyjaźniący się z chłopakiem. Po rozpoznaniu sprawy Thora coraz bardziej wątpi w winę Jakoba i postanawia odnaleźć prawdziwego podpalacza. Z każdą przeprowadzoną w śledztwie rozmową, prawniczka zauważa uchybienia prokuratury i chęć jak najszybszego rozwiązania sprawy, niekoniecznie zgodnie z rzeczywistością. Szalę niepewności przeważa fakt ukrycia ciąży jednej z pensjonariuszek ośrodka...

Yrsa Sigurdardóttir w swojej najnowsze powieści łączy wiele wątków, na początku zdających się zupełnie do siebie nie pasować. Oprócz historii Jakoba, poznajemy także małżeństwo, którego dom nawiedza duch tragicznie zmarłej opiekunki ich małego synka. Kolejnym bohaterem jest prześladowany przez tajemniczego słuchacza spiker radiowy Margeir. Oczywiście czytamy także o mieszkańcach spalonego ośrodka, jego pracownikach i rodzinach pensjonariuszy. Wszystkie historie w pewnym momencie łączą się ze sobą dając nam obraz okropnej sytuacji, jaka rozgrywała się w ośrodku i poza nim.

Autorka w bardzo ciekawy sposób prowadzi narrację, przeskakując od jednego wątku do kolejnego, pozwalając nam na poznanie sprawy z różnych stron. Zabieg ten sprawił, że czytelnik nie może oderwać się od fabuły, która jednocześnie nie jest ani miła, ani przyjemna. Ilość odrażających rzeczy nagromadzonych w tej książce może co wrażliwszą osobę przyprawić o gorszy nastrój, a może i koszmary? Jedno wiadomo, Yrsa Sigurdardóttir nie boi się trudnych tematów, a ze stawiania niewygodnych pytań uczyniła prawdziwą broń prawniczki Thory. Powieść osadzona jest też mocno w islandzkiej rzeczywistości, autorka wspomina o kryzysie gospodarczym czy upadku bankowości, która miała miejsce w jej kraju. Są to elementy uzupełniające powieść, nadające wiarygodności i pozwalające na prowadzenie niektórych wątków, jak na przykład sprawa kredytu rodziców Thory.

Kryminał „Spójrz na mnie” polecam wszystkim, którzy chcą przeczytać wciągającą powieść z elementami horroru. Niech ponura przeszłość kilku mieszkańców Reykjaviku zawładnie Wami na kilka wieczorów.

piątek, 20 maja 2011

"Pałac Północy" C. R. Zafón

„Pałac Północy” to trzecia książka w dorobku Zafóna skierowana do młodzieży. Jednak podobnie jak przy „Księciu Mgły”, lektura z pewnością zadowoli także starszych czytelników. Po raz kolejny otrzymujemy powieść z niesamowitą akcją, pełną tajemnic i magii historią oraz narracją, tak wciągającą, że książki nie chce odłożyć się nawet na chwilę. Żałuję, że tych książek Zafóna nie wydawano, gdy ja mogłam spokojnie zaliczyć siebie do młodzieży, choć także i teraz bawiłam się świetnie wchodząc na jakiś czas w świat, stworzony przez niego.

W Kalkucie w 1916 roku pewien mężczyzna ucieka nocą ze spalonego dworca Jheeter’s Gate, mając ze sobą w łodzi dwa noworodki. Ścigają go tajemnicze postacie, a spotkanie z nimi może skończyć się tylko śmiercią. Mężczyzna jednak chce zadbać o bezpieczeństwo dzieci i ostatkiem sił odnosi je do domu pewnej kobiety, która ma się nimi zająć. Tej nocy dzieci zostają rozdzielone, gdy jedno z nich trafia do domu dziecka…

Szesnaście lat później wychowankowie sierocińca świętują jedną ze swoich ostatnich nocy w miejscu, które stało się ich drugim domem. Siódemka przyjaciół: Ben, Ian, Isobel, Roshan, Siraj, Michael i Seth stworzyła sekretny klub o nazwie Chowbar Society, a na miejsce spotkań wyznaczyła Pałac Północy. Tuż przed ostatnim spotkaniem klubu, członkowie poznają Sheere, dziewczynę w ich wieku, która niespodziewanie pojawiła się z babcią na terenie sierocińca. Ben postanowił zabrać ją do Pałacu Północy, a nawet uczynić jego pełnoprawnym członkiem. Jednak był pewien warunek, dziewczyna musiała opowiedzieć historię, ważną dla niej, o której jeszcze nikomu nie mówiła. Tragiczna historia jej rodziny, a także tajemniczego domu, nakłania członków stowarzyszenia do ostatniej zabawy w rozwiązywanie zagadek. Żadne z nich nie wie jeszcze wtedy, że historia jest bardziej tajemnicza i niebezpieczna niż im się wydawało. W bardzo krótkim czasie na ich drodze staje płonący pociąg-widmo, pełen krzyczących dzieci, ruiny spalonego dworca i ich największy wróg o oczach pełnych morderczego ognia. Przygoda zamienia się w pełną niebezpieczeństw i pułapek walkę, nie tylko o życie.

Zafón po raz kolejny zabiera nas w podróż do świata, z którego nie chcemy być wyrwani. W tej historii wyobraźnia działa cały czas, a strach przeżywany przez dzieci, staje się także udziałem czytelnika. Plastyczne opisy i doskonała charakterystyka każdej postaci jest po prostu niewiarygodna. Sam pomysł na fabułę, pełną magii, tajemniczości i niebezpieczeństwa sprawdził się doskonale. Tłem akcji jest Kalkuta, nazywana w powieści Czarnym Miastem, pełna nieopowiedzianych historii, których była świadkiem. Wszystkiego dopełnia piękna okładka, w pełni nawiązująca do treści książki.

Chciałoby się zapytać, jak Zafón to robi, jak jego książki mogą stać na tak dobrym poziomie? Nie znam odpowiedzi i mam nadzieje, że kolejna jego powieść będzie tak samo świetna jak poprzednie. Podejrzewam, że nikt z jego fanów się nie zawiedzie i z radością przyzna mi rację.



Książkę otrzymałam od wydawnictwa Muza.

środa, 13 kwietnia 2011

"1Q84"(tom 2) H. Murakami

Kolejny raz zagłębiłam się w świecie roku 1Q84. W tej rzeczywistości na niebie są dwa księżyce. Jednak nie wszyscy mogą je zobaczyć, żyją jakby nie wiedząc, że nie ma już roku 1984. Są nieświadomi zmian i nieczuli na drobne odchylenia rzeczywistości od ich standardowego pojmowania. Tacy ludzie nigdy nie zobaczą Little People ani powietrznej poczwarki.

Drugi tom trylogii 1Q84 wciąga jeszcze bardziej niż pierwszy. Bez niepotrzebnych wstępów Murakami przedstawia nam dalszą historię Aomame i Tengo. Zgrabnie kontynuuje przerwane wątki, nie pozwalając nudzić się czytelnikowi. Aomame dostaje ostatnie zlecenie od Starszej Pani, nie jest ono łatwe, a po jego wykonaniu nic w jej życiu może nie być już takie samo. Tengo po wydaniu „Powietrznej poczwarki” stara się żyć normalnie. Powrócił do pracy na kursach, a w wolnych chwilach stara się pisać swoją powieść. Niestety w jego otoczeniu zaczynają się dziać coraz dziwniejsze rzeczy. Najwyraźniej Little People nie potrafią zapomnieć, że pomógł w wydaniu powieści, która opisuje ich istnienie. Tengo i Aomame coraz częściej o sobie myślą, tylko czy rzeczywistość w jakiej się znaleźli powoli się im spotkać?

Choć nie czytałam innych książek Murakamiego, to czuję się zafascynowana. Już dawno nie czytałam książek, których autor miałby tak wielką wyobraźnię, a jednocześnie świetny warsztat pisarski. W tych dwóch tomach jest prawie wszystko: fantastyka, kryminał, sensacja, a także świetna historia, która wciąga i nie daje o sobie zapomnieć. Język, jakim posługuje się autor wydaje się lekki, delikatny i trochę magiczny. Murakami otacza czytelnika mgiełką słów, wyczarowując świat, trochę podobny do bajecznego. Tylko że to bajka dla dorosłych. Nie ma w niej dobrych skrzatów, które z uśmiechem na ustach ułożą dziecko do snu. To raczej historia, która nie pozwoli zasnąć, dopóki nie pozna się jej do końca.

Nie wiem czy podobnie jest w innych książkach Murakamiego, ale w „1Q84”, autor zwraca dużą uwagę na szczegóły. Odnotowuje marki ubrań, okularów, samochodów, a nawet zwraca uwagę na szczegóły dań, które przygotowują bohaterowie. Wynotowałam sobie fragmenty, gdy Tengo gotuje krewetki z jarzynami (s. 79-80), przygotowuje ostroboka i zupę sojową (s. 215) czy ryż z szynką i grzybami (s. 312). Bardzo lubię takie kulinarne wątki w czytanych przeze mnie książkach.

Uwaga! Jest minus, moim zdaniem bardzo poważny. W opisie książki na okładce pojawia się streszczenie dwóch ostatnich rozdziałów drugiego tomu. Ja na szczęście nie przeczytałam tekstu, ponieważ zostałam wcześnie ostrzeżona. Uważam jednak, że coś takiego nie powinno mieć miejsca, a noty wydawnicze powinny być kilka razy sprawdzane przed drukiem i puszczeniem „w świat”.

Oczywiście czekam z niecierpliwością na wydanie ostatniego tomu trylogii i poznanie finału tej wspaniałej opowieści.


Książkę otrzymałam od wydawnictwa Muza.



PS.Recenzja gotowa od niedzieli, ale nie miałam jak jej dodać. Mam niestety awarię laptopa.

piątek, 1 kwietnia 2011

"Duchy w polskich zabytkach" J. Sobczak

Od zawsze fascynowały mnie ruiny zamków i różnych budowli. Tym bardziej te, które posiadały własnego ducha czy inną zjawę. Z ciekawością słucham historii o tajemniczych miejscach i zjawiskach. Zebrałam już kilka pozycji książkowych na ten temat. Oczywiście w moim zbiorze nie mogło zabraknąć wspaniale wydanej książki Jerzego Sobczaka „Duchy w polskich zabytkach”.



Autor przybliża nam w 62 rozdziałach nawiedzane polskie zabytki. Opisuje nie tylko 54 zamki, ale także 7 pałaców, 1 dwór, 2 kościoły i 3 klasztory. W każdym rozdziale podaje takie informacje jak historię zabytku, jego właścicieli, wymienia znanych mieszkańców oraz oczywiście przedstawia nam ducha, który nawiedza dane miejsce. Przytacza także fragmenty relacji świadków, którzy widzieli zjawy. Dodaje to historiom wiarygodności i uprzyjemnia lekturę. Kolejny raz odświeżyłam sobie legendy znanych mi zamków, ale także poznałam nowe. Całość uzupełniona jest pięknymi fotografiami oraz starymi ilustracjami ukazującymi zarówno stronę zewnętrzną, jak i wewnętrzną zabytków. Na dodatkową uwagę zasługują ilustracje prezentujące kolejne rozdziały.



„Duchy w polskich zabytkach” to praca przygotowana bardzo dobrze od strony wydawniczej, ale także źródłowej. Autor podaje na końcu książki bibliografię najważniejszych 37 prac, z których korzystał przy pisaniu. W tekście często odwołuje się także do źródeł piśmienniczych znajdujących się w kronikach, relacjach historycznych, czy wspomnieniach. Jerzy Sobczak przywołuje także znane osoby, które badały i opisywały zjawiska duchów w polskich zabytkach. Wymienia kronikarzy Janka z Czarnkowa i Jana Długosza, etnografa Oskara Kolberga czy innych poszukiwaczy niesamowitych historii jak: Edwarda Raczyńskiego, Kazimierza Władysława Wójcickiego i Adama Amilkara Kosińskiego.



Książka pokazuje, że Polska także może pochwalić się wieloma ruinami, które posiadają swoje duchy. Nie trzeba wyjeżdżać do Szkocji czy Anglii, by odczuć chwile grozy słuchając kolejnej legendy w murach starego zamczyska. Polskie zamki i ruiny są piękne, warte uwagi i odwiedzin. Trzeba pamiętać o nich jako kawałku historii, ale także czymś charakterystycznym dla naszego folkloru. Podobnie jak autor, chciałabym zachęcić zarówno do lektury książki, jak i odwiedzania opisanych miejsc. Warto spróbować, bo właściwie każdy z nas ma szansę poznać bliżej taką zjawę…


Książkę otrzymałam od wydawnictwa Muza.

środa, 19 stycznia 2011

"1Q84" (tom 1.) H. Murakami


Lektura „1Q84” to moje pierwsze spotkanie z prozą Haruki Murakamiego. Wiem o nim właściwie niewiele, oprócz tego, że ma liczne grono fanów wśród blogerów i był jednym z faworytów do Literackiej Nagrody Nobla w 2010 roku. Na tym moja wiedza niestety się kończy, więc postanowiłam nieco ją pogłębić czytając jego najnowszą powieść. Książka odleżała swoje na półce, ponieważ zewsząd dochodziły mnie słuchy, że po pierwszym tomie najlepiej mieć przy sobie kolejny. Podświadomie chciałam, choć trochę zbliżyć się do premiery następnej części, która już niedługo, bo 26 stycznia.

Murakami jednocześnie opowiada dwie historie, które pewnego dnia, co autor delikatnie zaznacza, prawdopodobnie połączą się i dalej będą trwać jako całość. Na przemian do głosu dochodzą dwie postacie, kobieta i mężczyzna. Ona nazywa się Aomame, jest instruktorką sztuk walki, a w wolnych chwilach wysyła na drugą stronę mężczyzn zagrażających kobietom. Będąc dzieckiem wyprowadziła się od rodziców narzucających jej styl życia i wiarę. Gdy chce odreagować oddaje się przypadkowo poznanym mężczyznom, jednak muszą być od niej starsi i łysiejący. Nie potrafi i właściwie nie chce zbudować związku z mężczyzną na stałe, bo cały czas kocha chłopca, który w dzieciństwie staną w jej obronie. On nazywa się Tengo, jest nauczycielem matematyki, po godzinach próbuje swoich sił w świecie literatury, pisząc powieść. Jest samotny, nie chce wiązać się z nikim na stałe, bo to musiało by go nauczyć odpowiedzialności i zbyt zmieniłoby jego codzienne przyzwyczajenia. Jedyne na co sobie pozwala, to co tygodniowe spotkania z o dziesięć lat starszą kochanką. Oboje, Aomame i Tengo znali się w dzieciństwie i wciąż o sobie pamiętają. Co się stanie, gdy ich drogi znów się skrzyżują?

„Jak się robi coś takiego, to potem sceny życia codziennego, jakby to powiedzieć, mogą zacząć wyglądać troszeczkę inaczej. Więc proszę się nie dać zwieść pozorom. Rzeczywistość jest zawsze tylko jedna.” (s. 171)

W wątku opowiadanym przez Tengo, pojawia się trzecia ważna postać w tej książce. Fukaeri, to śliczna siedemnastolatka, która jest autorką powieści „Powietrzna poczwarka”, wysłanej na konkurs debiutów. Tengo ma za zadanie poprawić tekst, bo choć jego przesłanie i sama opowieść jest dobra, to można jej zarzucić wszystko od strony stylistycznej. W ten właśnie sposób zaczyna się jego znajomość z Fukaeri, która okazuje się dyslektyczką, więc jej przyszłość jako pisarki jest nader wątpliwa. Autor idealnie wykreował jej postać, pełnej tajemnicy, mówiącej bez znaków przestankowych, uciekającej od rodziców dziewczynki, która wierzy w każde słowo ze swojej opowieści.

Jestem zafascynowana postaciami i opowieściami wykreowanymi przez Murakamiego. Obie pierwsze sceny, w opowiadaniach Aomame i Tengo odznaczają się wspaniałym opisem i tajemniczością. Wciągają czytelnika w świat, w którym zacierają się granice między rzeczywistością a wyobraźnią. Autor pisze naprawdę pięknym językiem, z przyjemnością się czyta tak napisaną powieść. Zachwyca mnie jego talent do tworzenia jakby naturalnego przejścia między opowieścią kobiety i mężczyzny, światem rzeczywistym i równoległym do niego, istniejącym tylko na kartach powieści. Nie mam oczywiście porównania z poprzednimi książkami tego autora, jednak po lekturze „1Q84” jestem gotowa poznać wszystkie jego tytuły i przekonać się czy są tak samo dobre, a możne nawet i lepsze.

Na koniec chciałabym wyrazić małe niezadowolenie, że tak książek nie powinno się kończyć. Urywać i kazać czekać na kolejną część. Bo jak wytrzymać, gdy czytelnik jest już zafascynowany i wciągnięty w opowieść do granic możliwości? Ja już nie mogę się doczekać, choć do premiery pozostał tylko tydzień.

5,5/6

Książkę otrzymałam do recenzji od wydawnictwa Muza.

niedziela, 16 stycznia 2011

"Tradycje polskiego stołu" B. Ogrodowska


Jako temat prezentacji maturalnej z języka polskiego cztery lata temu, wybrałam temat dla wielu moich rówieśników dziwny i niełatwy. Brzmiał: „Obyczajowa i kulturowa rola stołu”. Wiele osób podśmiewało się z mojego wyboru dziwiąc się jak można pisać o stole. Dla mnie, choć temat faktycznie nie był łatwy, właściwie istniał tylko ten. Bo przecież wielu z nas wie, jak wielką rolę odgrywa rola stołu w naszym życiu. Wszystkie większe uroczystości odbywają się przy nim. Wyobrażacie sobie dom bez stołu? Bez możliwości zebrania całej rodziny w jednym miejscu i delektowania się rozmową i potrawami? Ja nie. Dlatego tak chętnie sięgnęłam po książkę „Tradycje polskiego stołu” Barbary Ogrodowskiej.


Autorka opowiada nam fascynującą historię polskiej kuchni, w tym przede wszystkim o produktach i najważniejszych potrawach, ale także o tradycjach i obyczajach kulinarnych. Mamy szansę poznać kuchnię różnych stanów oraz historie związane ze stołem, zawsze postrzeganym jako ważny element domu rodzinnego czy kojarzonym z nim poczuciem bezpieczeństwa. Autorka zwraca także uwagę na ważną wieź, jaka wytwarza się podczas wspólnego spożywania posiłków czy gotowania.


Czytelnicy poznają wiele przepisów charakterystycznych dla różnych stanów społecznych. Począwszy od warstw ubogich, przez bogatszą kuchnię mieszczaństwa, aż do wykwintnych potraw bogaczy. Będą to zarówno przykłady jadłospisów codziennych, jak i świątecznych. Autorka przybliża także tradycyjne potrawy danych regionów, szczególnie zwracając uwagę na specjały, z których znane są w całym kraju. Nie zabraknie dań przygotowywanych w czasach trudnych, gdy czas i historia nie rozpieszczały naszych przodków. Poznamy wtedy sposoby gospodyń, które mimo braku wielu produktów potrafiły stworzyć pożywienie dla rodziny. W tej publikacji znalazło się także miejsce dla niektórych produktów i potraw obcego pochodzenia, które na stałe zadomowiły się w naszym jadłospisie.
Autorka przy pisaniu książki korzystała z wielu różnych źródeł, głównie opracowań, książek kucharskich, ale także starych kalendarzy. We wszystkich przepisach i cytatach zachowała oryginalny język i pisownię. Dzięki temu całość nabiera jeszcze większej autentyczności i przyjemniej się ją czyta.


Książka podzielona jest na piętnaście pięknie zatytułowanych rozdziałów. Całość jest uzupełniona wieloma zdjęciami, ilustracjami, a także zeskanowanymi przepisami. Wydanie naprawdę robi wrażenie, książkę chce się cały czas przeglądać.

Bardzo się cieszę, że wychodzą takie pozycje. Nasze od dawna istniejące tradycje nie powinny zanikać nawet w czasach internetu i masowej kultury. Są to rzeczy, które naprawdę warto ocalić od zapomnienia.

Polecam wszystkim, choć przede wszystkim przyjemność w jej czytaniu odnajdą osoby ceniące tradycje i polską kuchnię. Ja wiem, że będę wracać do niej jeszcze wiele razy.

6/6



Książkę otrzymałam od wydawnictwa Muza.


PS. Przy okazji książki związanej z kuchnią zapraszam Was na mój nowo stworzony blog o kulinarnej tematyce. Dopiero zaczynam, więc nie spodziewajcie się zbyt wiele ;)

poniedziałek, 27 grudnia 2010

"Śmiech w ciemności" V. Nabokov


Vladimira Nobokova chyba każdy czytelnik kojarzy przede wszystkim z „Lolity”. Wobec jego książek chyba nie można być obojętnym, bo albo się je kocha, albo nienawidzi. Ja po lekturze jego najbardziej znanej książki miałam jednak mieszane uczucia. Nie trafiła do mnie, ale wiedziałam że muszę dać mu jeszcze jedną szansę i oto jestem po lekturze „Śmiechu w ciemności”.

Nabokova zaczyna książkę dość nietypowo, zdradzając nam całą historię w jednym zdaniu.

„Żył sobie raz w niemieckim mieście Berlinie mężczyzna imieniem Albinus, bogaty, szanowany, szczęśliwy; pewnego dnia porzucił żonę dla młodej kochanki; kochał, lecz nie był kochany; i życie jego zakończyło się katastrofą”. (s. 7)

Jednak już w następnym informuje, że najważniejsze są jednak szczegóły i ciągnie historię dalej.

„Ot i cała historia, moglibyśmy więc postawić kropkę, gdyby ze snucia opowieści nie płynęła korzyść i przyjemność; a choć na kamieniu nagrobnym bez trudu pomieści się skrócona wersja ludzkiego życia w oprawie z mchu, szczegóły zawsze są mile widziane”. (s. 7)

Początek objawia się jako fragment filmu, bo czyż wielu reżyserów właśnie tak nie rozpoczyna swoich filmowych opowieści? Rzuca nam migawkę zakończenia, by od niego wyprowadzić całą historię z dbałością o szczegóły, które doprowadziły do takiego, a nie innego końca. Podobnie zrobił Nabokov, zainteresował nas, zaszczepił chęć poznania całej historii. Niektórym może się ona w tym momencie wydać banalna. Czytelnik odszukuje w myślach podobne historie i już wie jak się to potoczy. Jednak nic bardziej mylnego, bo zabawa dopiero się zaczyna.

Wydaje się, że Albinus ma wszystko czego może potrzebować człowiek w jego wieku. Jest bogaty, ma ustaloną pozycję społeczną, ludzie go szanują. Nie może też narzekać na rodzinne życie, ma kochającą żonę Elizabeth oraz córkę Irmę. W pewnym momencie jednak uznaje, że mimo miłości do żony, nie ma już między nimi tej namiętności, której potrzebuje. W tym właśnie momencie rozpoczyna się cała opowieść. Albinus poznaje młodą i głupiutką Margot, której wdzięk i uroda zachwyca go do tego stopnia, że porzuca dla niej swoją rodzinę i dotychczasowe życie. Choć nazywam Margot głupiutką, to jednak trzeba jej przyznać, że potrafiła rozkochać w sobie i wykorzystać dużo starszego od niej mężczyznę w taki sposób, by mieć z tego jak najwięcej korzyści. Albinus szczęśliwy z młodą kochanką, nie przewiduje jednak nadciągających wypadków. Na drodze jego szczęścia staje dawny kochanek Margot, który wraz nią knuje okropną intrygę, niszczącą jeszcze bardziej życie Albinusa. Tytuł książki w dalszym rozwoju sytuacji trzeba rozumieć dosłownie. Śmiech kochanków z oślepienia Albinusa jest jak najbardziej rzeczywisty. Najpierw jest to oślepienie miłością do Margot, a później dochodzi jeszcze ślepota fizyczna. Tą ostatnią „bliscy” głównego bohatera całkowicie wykorzystują, nie ukrywają się już ze swoją miłością, śmiejąc mu się w twarz. Wobec każdego z bohaterów książki czytelnik ma różne uczucia, które zmieniają się z każdym kolejnym epizodem. Jednego można być pewnym, wobec takich bohaterów nie można być w żaden sposób obojętnym.

Nabokov stworzył książkę idealną na scenariusz filmowy. Widać to w krótkich rozdziałach, licznych zmianach scenerii, plastycznym opisie tła i sytuacji. Powieści tej nie powinno się tylko czytać, ale traktować ją właśnie jak film, w którym treść odbieramy kilkoma zmysłami. Smaku dodaje język jakim posługuje się autor. Już od jakiegoś czasu nie czytało mi się żadnej książki, tak dobrze pod tym względem jak właśnie „Śmiechu w ciemności”.

Powieść Nabokova jest czytelniczą ucztą, wartą uwagi każdego czytelnika. Trzeba się nastawić na coś więcej niż śledzenie kolejnych wątków, by odkryć jej magię. Wydaje mi się także dobrą książką, na pierwsze spotkanie z prozą tego autora. Po „Lolicie”, której do końca dobrze nie odebrałam, teraz jestem zachwycona i już planuję lekturę kolejnych jego książek.



5,5/6

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Muza.

sobota, 18 grudnia 2010

Stosy ostatniotygodniowe

Trochę się znów nazbierało. To paczki z ostatniego tygodnia:



"Córka krwawych" - z allegro za 15 zł, a oczywiście skłoniły mnie do tego bardzo dobre recenzje wielu osób.
"Rzeka szaleństwa", "Wodospad", "Kręgi", "Altowiolista" i "Jak to robią twardzielki..." - do recenzji od wydawnictwa Sol.
"Kochanek malutki" - do recenzji od wydawnictwa Replika.
"Aż śmierć nas rozłączy" - wygrane u Leny :) dzięki jeszcze raz.



"Serce Kaeleer" - chyba ok. 20 zł na allegro.
"Tradycje polskiego stołu" - do recenzji od Muzy.
"Dopóki mamy twarze" - do recenzji od wydawnictwa Esprit.


Niektórych paczek jeszcze oczekuję :) Mam nadzieje, że dojdą przed świętami.

A jeśli chodzi o zakupy to boję się iść do Matrasa. Ceny powalają.

środa, 10 listopada 2010

"Książę Mgły" C. R. Zafón


Z góry muszę zaznaczyć, że wobec Zafóna jestem właściwie bezkrytyczna. Oczarował mnie wszystkimi swoimi powieściami, więc na wiadomość o jego nowej starej książce przyjęłam z wielką radością. Nazywam ją starą, bo jak pewnie większość z Was wie, „Książę Mgły” to jego pierwsza powieść. Z racji wielu problemów z prawami autorskimi (o czym można dowiedzieć się z noty od autora) dopiero teraz możemy przeczytać ją w polskim wydaniu.

Główny bohater Max, przeprowadza się z rodzicami i siostrami Alicją i Iriną do małej rybackiej wioski nad Atlantykiem. Jego ojciec od początku nie kryje, że dom w którym mieli zamieszkać nie był zbyt szczęśliwy. Poprzednie małżeństwo tam mieszkające straciło syna Jacoba, który utonął w morzu. Od początku Max dziwnie się w nim czuje. W nocy zauważa wśród mgły posągi w ogrodzie za domem. Nie podoba mu się także kot, którego przygarnęła jego siostra zaraz po przyjeździe. Kocie oczy wydają się śledzić każdy ruch domowników. Zaraz po przyjeździe Max poznaje Rolanda, który opowiada mu historię miasteczka oraz wspomina o zatopionym statku. Dużą rolę odgrywa też jego dziadek, Victor Kray, który jako jedyny przeżył katastrofę na morzu, jednak nie chce o tym za dużo mówić. Pewne wydarzenia jednak sprawiają, że decyduje się opowiedzieć swoją historię, a trójka przyjaciół (Max, Alicja i Roland) muszą stawić czoła legendzie, która zaczyna ożywać...

Choć „Książę Mgły” wpisuje się w nurt powieści młodzieżowej, to myślę że wielu dużo starszych czytelników będzie miało niekłamaną przyjemność przeczytania o losach Maxa i jego przyjaciół. Jeśli chodzi o treść to książka ma chyba wszystkie atuty, które mogą przyciągnąć do siebie czytelnika. Jest przeprowadzka do nowego miejsca, zatopiony statek, przyjaźń od pierwszego wymienionego zdania, tajemniczy latarnik, postać Księcia Mgły, miłość i bardzo wiele magii. Kto może przejść obojętnie obok takiej historii? Ja oczywiście nie mogłam, książkę musiałam przeczytać do ostatniej strony, choć było już bardzo późno. Trzeba zauważyć, że elementy odpowiadające za skierowanie książki do młodych czytelników (prostota stylu i języka, ograniczenie drastyczności historii do minimum, nieskomplikowanie rozbudowana fabuła) nie wpływają na wrażenie jakie zrobiła na mnie ta książka.

„Książę Mgły” to jednak przede wszystkim powieść o poświęceniu, przyjaźni, pierwszej miłości, która potrafi walczyć ze śmiercią. Ale niestety także o tym, że ciężko jest walczyć z przeznaczeniem, bo często z góry jesteśmy skazani na porażkę.

Muszę zwrócić uwagę na piękną okładkę. Po prostu bije z niej aura tajemniczości i magii, nie mogę oderwać od niej oczu.

Polecam więc, przede wszystkim fanom Zafóna, ale też tym którzy dopiero chcą rozpocząć przygodę z jego książkami. Chociażby dla tego zakończenia, które porusza i sprawia że trzeba jeszcze nad nim długo myśleć. Dla mnie oraz innych, którym wciąż jest mało twórczości pisarza jest nadzieja, że w niedługim czasie Muza wyda dwie pozostałe książki z młodzieżowej trylogii: „Pałac północy” i „Światła września”.

5,5/6

PS. Dziś jest premiera tej książki :)

niedziela, 5 września 2010

"Jedno drzewo, jedno pożegnanie" M. Mayoral


„Jedno drzewo, jedno pożegnanie” to druga powieść Mariny Mayoral, którą przeczytałam. Po raz kolejny jestem zachwycona krótką formą i bogatą treścią jej twórczości. Tym razem autorka przedstawia historię pięćdziesięcioletniej Laury, która po kilkudziesięciu latach pobytu w stolicy Hiszpanii, oddalona od rodziny wraca do wsi z jej dzieciństwa. Chce dopełnić swoje życiowe dokonania: po wyjściu za mąż, urodzeniu dzieci i napisaniu książki, postanowiła posadzić drzewo. Zaskakująco wybiera magnolie, jakby nie patrzeć drzewo dość wymagające, owoce pracy włożone w zadbanie o niego, można zebrać dopiero po kilku latach. Jeśli w ogóle wytrzyma w wietrznym miejscu i kamienistym podłożu, które wybrała bohaterka.

Z drugiej strony jej chęć posadzenia drzewa jest tylko pretekstem do powrotu do miejsc swojego dzieciństwa i bliskich, których porzuciła. Książka napisana jest w formie monologu głównej bohaterki, a właściwie mieszaniny jej wspomnień i pytań oraz odpowiedzi bliskich, których spotyka. Laura próbuje rozliczyć się i wytłumaczyć swą nieobecność oraz postępowanie opiekunce Nanie, byłemu ukochanemu Paco oraz jej ojcu.
Ta powieść to przejmująca opowieść o złych wyborach, porzuconych nadziejach oraz strachu przed zmianami. O miłości do piękna, która wygrywa z tą prawdziwą. Także o tym, co czuje człowiek chory, chcący rozliczyć się z przeszłością, rozliczający swoje sumienie.

„Piękni też mają silne uczucia, potrzebę, by ich rozumiano, gdyż piękno jest tajemnicą, którą niewielu ludzi pojmuje. Od piękna nie należy niczego wymagać; należy je podziwiać, przyjmować takim, jakie jest; nie żądać od niego dobra, inteligencji, talentu, szlachetności; to cechy, które z pięknem nie mają nic wspólnego. To tak, jakby od magnolii żądało się jabłek”.
(s. 26-27)

Polecam. 5,5/6

PS. Pierwszy weekend w Belgii, będzie ciężko, ale damy radę :)Dobrze, że łatwo znaleźć bezprzewodowy internet. W tej chwili siedzę w pięknym parku, a chłopaki za żywopłotem grają w piłkę. ;) Od jutra praca.

środa, 1 września 2010

"Invictus. Igrając z wrogiem" J. Carlin


Książkę „Invictus. Igrając z wrogiem” sprezentowałam swojemu chłopakowi na urodziny. Wiedziałam, że prezentem będzie książka, ale zastanawiałam się jaka. Na decyzję złożyło się kilka sytuacji: jego urodziny wypadały w czasie MŚ w piłce nożnej w RPA, przed Mistrzostwami w Dużym Formacie przeczytałam artykuł o Mandeli i sławnym meczu oraz recenzja u Anny Liwii. Wtedy już wiedziałam, że książka mogła być tylko jedna.

Do przeczytania namawiał mnie jej właściciel, który jak zauważyłam chyba był nią zachwycony. Miałam ambitny plan przeczytać ją jeszcze w czasie MŚ, ale zajęłam się kibicowaniem i o czytaniu nie było już mowy. Dopiero nie dawno znalazłam dla niej czas, czytanie jednak nie szło tak dobrze jakbym chciała.

„Invictus...” to dość dobrze, że się tak wyrażę zmontowana historia o Nelsonie Mandeli. Autorem książki jest dziennikarz John Carlin. Na całość składają się przeprowadzone przez niego wywiady z uczestnikami wydarzeń oraz zapisy jego obserwacji z sytuacji w RPA z lat 1989-1995.



Bohaterem głównym jest Mandela i jego wielki czyn, którym było pogodzenie białych i czarnych mieszkańców RPA. Pogodzenie wprost niewyobrażalne dla wcześniejszych władz bez krwawej wojny domowej. Jednak Mandela potrafił tego uniknąć, „trafił do serc” tych wszystkich białych, którzy nie chcieli wcześniej nawet myśleć o czarnym prezydencie. Potrafił w sobie tylko znany sposób wyczuć intencje rozmówcy i wpłynąć na niego tak, by zgodził się z nim w każdej kwestii. I to potwierdza każdy z rozmówców. Mówili także o dobroci, niezwykłym szacunku i spokoju, który odczuwali będąc w jego pobliżu. Patrząc na jego życie naprawdę trzeba go podziwiać. Po spędzeniu w więzieniu 27 lat (!), wyszedł z niego i chciał odmieniać świat, swój kraj, a nie go niszczyć przez złość, która miała prawo zrodzić się w nim po takim czasie. Nie chciał zemsty, nie nawoływał do sprawiedliwości, nie szukał jej w walce z przeciwnikami, on postanowił zjednać ich sobie i odbudować kraj, by każdemu żyło się lepiej. W fascynujący sposób wykorzystał do pojednania sport - rugby, które miało wielkie znaczenie dla białych, a przez to znienawidzone przez czarną część społeczeństwa.

„Sport ma moc zmieniania świata. Ma moc inspirującą, rzadką moc jednoczenia ludzi... W obaleniu barier rasowych jest potężniejszy niż rządy”. (s. 10)

Musze się zgodzić z tym cytatem, historia w RPA okazała jego siłę i prawdę. Zgodzi się ze mną także ten kto kiedykolwiek uczestniczył w wielkim wydarzeniu sportowym mającym znaczenie dla dużej ilości kibiców. W takich przypadkach też wszyscy się jednoczą, nie ma podziałów. Nie mogłam się doczekać, aż dojdę do momentu z meczem, a potem wprost „połykałam” te ostatnie strony, walcząc podobnie jak każdy z emocjami, ze strachem, że może to się jedna nie uda, że może ktoś nie wytrzyma i będzie chciał się sprzeciwić.

„A u podłoża tego był lęk przed zemstą proporcjonalną do popełnionych zbrodni”. (s. 105)

Przy tym wszystkim cała historia wydaje się aż nierzeczywista, jakaś taka za bardzo cukierkowa i łatwa. A może Mandela jest naprawdę tak wspaniałym człowiekiem, tylko całość tego co nas teraz otacza próbuje pokazać nam, że tacy ludzie nie istnieją? Że nie ma już ludzi dobrych, są tylko tacy, którzy chcą się czegoś udają dobrych dorobić?

Polecam każdemu, kto nie zna. To jednak kawałek historii świata, przedstawiony w dość dobrym reportażu.

4/6 (bo do połowy ciężko się czyta)
Related Posts with Thumbnails